FESTIWAL MUZYKÓW ROCKOWYCH

JAROCIN 85

 

POLSKI WOODSTOCK

Wakacje na rockowo — część 1 i 2

Źródło: „Świat Młodych”, 1985. Artykuł ukazał się w dwóch częściach; w pierwszej zapowiedziano część drugą „za tydzień”. Dokładne numery i daty wydań nie są widoczne na dostarczonych skanach. Tekst i fotografie: Mirosław Soliwoda.

POLSKI WOODSTOCK (1)

Festiwal Muzyków Rockowych w Jarocinie budzi zrozumiałe zainteresowanie. Ta na pewno największa w Polsce impreza rockową dostarcza argumentów jej zwolennikom i... przeciwnikom. Przyjeżdżających do Jarocina dziennikarzy w równym stopniu interesują występujące tu zespoły, jak i młodzieżowa publiczność. Zespołami i publicznością, oczywiście nie tylko, zajął się Mirosław Soliwoda. Dziś proponujemy Wam pierwszą część jego artykułu. Druga — za tydzień...

Fotografia z artykułu Polski Woodstock, część 1Fotografia z części 1 artykułu „Polski Woodstock”. Fot. Mirosław Soliwoda.

Minęło lato. Mimo braku słońca nie narzekają ci, którzy zdecydowali się spędzić je na rockowo. Sezon festiwali rockowych w naszym kraju rozpoczęła już majowa Rock-Arena w Poznaniu. Jednak nagromadzenie imprez tego typu nastąpiło ze zrozumiałych względów dopiero podczas wakacji. Rokrocznie organizuje się ich tyle, że podróżując szlakiem festiwalowych miast można interesująco wypełnić cały wakacyjny czas i właśnie taki sposób spędzania wakacji — wakacji na rockowo — staje się udziałem coraz liczniejszej rzeszy młodych Polek i Polaków.

Większość festiwali ma dokładnie określony charakter. I tak w Katowicach, Sopocie i Olsztynie gra się bluesa; ostoją muzyki reggae był w tym roku Muzyczny Camping w Brodnicy oraz Festiwal Artystyczny Młodzieży Akademickiej w Świnoujściu; grupy pop-rockowe prezentowały się na międzynarodowym festiwalu Inter-Pop ’85 w Kołobrzegu, a nowofalowe w Warszawie podczas Przeglądu Muzyki Alternatywnej i Awangardy Rockowej „Poza kontrolą”.

Jednak największym i najważniejszym — tradycją i znaczeniem — akordem muzycznego lata w Polsce jest maraton rockowy w Jarocinie, organizowany już po raz szesnasty, od lat trzech pod nazwą Festiwal Muzyków Rockowych, który w tym roku po raz pierwszy stał się przeglądem o charakterze międzynarodowym. W Jarocinie gra się prawie wszystko — wszelkie gatunki rocka i jemu podobne (blues, reggae), z wyłączeniem jedynie muzyki pop, co wynika z jego antykomercyjnych założeń.

W dniach od 13 do 17 sierpnia nieduże dwudziestotysięczne miasteczko podwoiło liczbę swoich mieszkańców. Oblicza się bowiem, że tegoroczna festiwalowa publiczność osiągnęła rekordową liczbę ok. 25 tysięcy osób. Inwazja fanów rocka z całej Polski oznacza całkowitą niemal dezorganizację życia w Jarocinie. Starając się jej częściowo chociaż zaradzić, organizatorzy umieścili ogromne pole namiotowe w odległości ponad 2 km od miasta. Specjalnie dla tych celów ogrodzono 14 ha łąki, zainstalowano lampy oświetleniowe, radiowęzeł, zorganizowano dobrze zaopatrzone punkty sprzedaży artykułów spożywczych i sportowych, wybudowano toalety i umywalnie. I oto w ten sposób w pobliżu Jarocina wyrosło na parę dni odrębne, ponad dziesięciotysięczne, pulsujące własnym, ciekawym życiem, miasteczko namiotowe.

Tym samym wyeliminowano jego mieszkańców z samego Jarocina. Mimo to wąskimi uliczkami małego miasta trudno się było przecisnąć. Duża część przyjezdnych nie skorzystała z oferty pola namiotowego i poszukała sobie noclegu lub miejsca na namioty u życzliwych imprezie jarocinian. Niegdyś nieufni i niechętni, coraz częściej udostępniają za darmo swoje ogródki, pozwalają korzystać z łazienek, rwać owoce, coraz częściej też pojawiają się przy drogach wiadra z zimną wodą, tłumnie oblegane przez przemęczoną, spragnioną publiczność.

Do rozpoczęcia festiwalu coraz bliżej. Trawiaste boisko ze specjalnie zainstalowaną, podwyższoną sceną, gdzie odbywać się mają koncerty, zapełnia się od samego rana. Kto chce zająć dobre miejsce, nie za blisko i nie za daleko od sceny, musi przyjść długo przed rozpoczęciem występów. Nie jest to zbyt nużące, gdyż non stop trwają próby, podczas których łatwiej można dopchać się do ulubionego wykonawcy, zobaczyć go z bliska, przy odrobinie szczęścia porozmawiać z nim czy dostać autograf.

Napięcie wzrasta wraz z każdą godziną. W końcu rozentuzjazmowana młodzieżowa publiczność zaczyna chóralne odliczanie: trzy, dwa, jeden, zero, start!... I nic jak zwykle, pierwsze dźwięki popłyną z kilkunastominutowym opóźnieniem. Wreszcie główny organizator festiwalu, Walter Chełstowski, kilkoma słowami dokonuje uroczystego rozpoczęcia imprezy. I już jest muzyka, muzyka dla której przyjechali z całego kraju z najdalszych zakątków.

Pierwsze zespoły rozczarowują i powoli napięcie opada. Skupienie i uwaga ustępują miejsca atmosferze piknikowej i tak już będzie do końca festiwalu, takie bowiem są prawa koncertów, które trwają ponad dziesięć godzin dziennie i kończą się o trzeciej, czwartej nad ranem. Fizyczną niemożliwością jest wysłuchanie z jednakową uwagą wszystkich zespołów, tym bardziej że miasteczko namiotowe oddalone jest znacznie od stadionu i większość publiczności przychodzi tu, zaopatrzona w koce, materace i śpiwory, w bułki i konserwy. Jeśli chce się dokładniej obejrzeć dany zespół i posłuchać go, podejść trzeba bliżej sceny, bo praktycznie tylko tam reaguje się w pełni na graną muzykę.

W bardziej odległych partiach boiska jedni słuchają, drudzy śpią, inni jedzą, jeszcze inni grają w karty. Nie pije się w Jarocinie piwa (co jest rytuałem podczas podobnych imprez w Europie Zachodniej), gdyż obowiązuje zarówno tu, jak i na polu namiotowym, bezwzględny zakaz picia alkoholu, za którego złamanie odbiera się karnet na cały, pięciodniowy festiwal. To jeszcze jeden pomysł organizatorów — nie sprzedaje się biletów na poszczególne koncerty, tylko karty wstępu na całą imprezę, które wraz z wklejonym zdjęciem należy nosić na piersi w widocznym miejscu.

Tłok natomiast panuje przed kioskami, w których sprzedaje się parówki, napoje i owoce. Zatłoczona jest również aleja prowadząca z centrum miasta do stadionu, szczególnie w okolicach hotelu, zamieszkiwanego przez muzyków i organizatorów. Tu można spokojnie pooglądać fantazyjne stroje przechodzących widzów, a jest na co patrzeć. Jarocin chlubi się bowiem tym, że więcej ceni się tu fantazję i oryginalność, pomysłowość i ekstrawagancję ubioru niż jego cenę czy modę. Tu również podpatruje się drobne scenki z życia wielkiego świata rockmanów, rozmawia ze znajomymi, odpoczywa.

Dużym zainteresowaniem cieszą się dość liczne imprezy towarzyszące — spotkania religijne, dyskusje z krytykami muzycznymi w Jarocińskim Domu Kultury czy wybory Miss Miasteczka Namiotowego.

A wokół tego wszystkiego, niczym obojętny podkład gra muzyka. W sumie wystąpiło podczas tegorocznego festiwalu w Jarocinie ponad sto zespołów. Od rana prezentowały się co dzień w polskim amfiteatrze wszystkie grupy, które bardzo chciały zagrać, a do występu na głównej scenie się nie zakwalifikowały. Przegląd w Jarocinie jest bowiem jednocześnie konkursem dla grup amatorskich i prezentacją dokonań czołówki polskiej muzyki rockowej, ale nie tej z pierwszych miejsc list przebojów, a wywodzącej się spod znaku niekomercyjnych gatunków rocka, takich jak new wave, heavy metal, blues czy punk rock.

Zespoły młode, chcące wziąć udział w konkursie wyłonione zostały dwoma drogami, na podstawie nadesłanych kaset (297 zgłoszeń) oraz przesłuchań (zespoły przyjeżdżały do Jarocina na własny koszt). Ogółem do konkursu, w którym jedynym jury jest publiczność (każdy uczestnik festiwalu głosuje na jeden zespół), wytypowano 45 zespołów, które w ciągu pięciu dni grały wspólnie z ponad dwudziestką zespołów zaproszonych.

Festiwalowa publiczność, Jarocin 1985Festiwalowa publiczność... Fot. Mirosław Soliwoda.

POLSKI WOODSTOCK (2)

Plebiscyt publiczności nie wyłonił zdecydowanego zwycięzcy, w związku z czym laureatami tegorocznego Festiwalu Muzyków Rockowych ogłoszono dziesiątkę grup, które otrzymały zbliżoną liczbę głosów. Są to w kolejności alfabetycznej: DZIECI KPT. KLOSSA, ENKLAWA, FATUM, IVO PARTIZAN, JOY BAND, KOSMETYKI MRS. PINKI, RO-KOSZ, SQUER, TEST FOBII i VARIETE. Nagrody materialne, które stały się ich udziałem, są bardzo skromne, i mają jedynie symboliczne znaczenie, ale dużo ważniejszy dla wyróżnionych zespołów jest prestiżowy sukces, który daje im pewną szansę wybicia się, pokazania się szerszej publiczności. Na pewno część z nich z owej szansy skorzysta i wkrótce wytyczać będzie nowe kierunki rozwoju polskiego rocka.

Na szczególne wyróżnienie zasługuje grupa Kosmetyki Mrs. Pinki, oferująca nowoczesną, silnie zrytmizowaną à la Talking Heads, muzykę, interesująco ubarwioną wysokim głosem znakomitej wokalistki — Kaśki Kułdy, nowofalowym brzmieniem gitary jej brata oraz rewelacyjnymi chórkami. Mistrzami w budowie nastroju okazali się być muzycy z grup Ivo Partizan i Variete, ich koncerty, utrzymane w konwencji cold wave, przytłaczały w swojej wymowie grozą i smutkiem, powagą i bólem. Uznanie wzbudził również żywiołowy blues Joy Bandu oraz prosta, acz interesująca melodyka nowofalowych Dzieci kpt. Klossa. Grupom tym należałoby zapewnić jak najszybciej pełną promocję z nagraniem płyt włącznie, co wzbogaciłoby znacznie nasz rynek muzyczny. Podobnie powinno stać się z Formacją Nieżywych Schabuff, niedocenioną przez publiczność. Zaprezentowała ona efektowny show sceniczny, który towarzyszy wesołym utworom, zawierającym liczne pastiszowe cytaty z muzyki ludowej, swinga i rock and rolla.

Formacja Nieżywych Schabuff, Jarocin 1985Formacja Nieżywych Schabuff. Fot. Mirosław Soliwoda.

Niestety, podczas tegorocznego festiwalu ilość nie przeszła w jakość i — poza wymienionymi grupami — pośród amatorów panowała przeciętność i nijakość. Ich grzechy główne, to: słabe opanowanie warsztatu muzycznego punk-rockowców, brak pomysłów i oryginalności wśród przedstawicieli muzyki heavy metal, niemożność wyzwolenia się spod wszechogarniającego wpływu Joy Division, z czym wiążą się nieuniknione powtórzenia grup, które poszły wytyczoną przez nich drogą (pewność nowych rozwiązań brzmieniowych poszukują z niezłym rezultatem jedynie wyróżnione: Ivo Partizan i Variete), jednostajność grup bluesowych.

Lepiej zaprezentowali się w Jarocinie zaproszeni goście, a szczególnie grupy nowofalowe, m.in. Republika, Tilt, Made in Poland, T. Love, które udowodniły, że ta odmiana muzyki rockowej ma się u nas całkiem dobrze i że polskim nowofalowcom nie brak umiejętności ani pomysłów. Szczególną uwagę zwrócić należy na zespół T. Love, nie mający na swym koncie żadnej płyty, żadnego teledysku ani przeboju, a już obrosły koncertową legendą, na którą w pełni zasługuje, chociażby przez sam fakt, że już przed kilku laty robił to, co jest w tej chwili najmodniejsze na rynku muzycznym Wielkiej Brytanii nawiązując do brzmienia zespołów gitarowych z lat sześćdziesiątych. Zespół chętnie korzysta z elementów groteski, pastiszu i parodii, dzięki czemu jego koncerty nabierają swoistego, humorystycznego charakteru.

Festiwal w Jarocinie udowodnił natomiast, że źle się dzieje z naszą muzyką hard i punk-rockową. Z przedstawicieli ostatniej podobały się tu tylko Piersi, których znakomity wokalista śpiewa i wyśmiewa jednocześnie banalne teksty w rytm ostrej i szybkiej punkowej muzyki. Okazało się też, że coraz większą popularność zdobywa muzyka żywiołowa, naturalna reggae i blues.

Festiwal w Jarocinie stał się w tym roku festiwalem międzynarodowym. Informacje o jego formule umieszczono w europejskich pismach muzycznych i w efekcie chęć wystąpienia w Jarocinie wyraziło około dwustu grup z różnych krajów. Niestety, zabrakło pieniędzy na ich transport i całe przedsięwzięcie zakończyło się zaproszeniem w charakterze gości czterech zespołów: Point Blank z Jugosławii, Precedens z Czechosłowacji oraz Claw Boys i Blue Murder z Holandii, z których tylko ostatni zasłużył na takie wyróżnienie. Pozostałe znalazły się tu chyba przypadkowo — ustępując znacznie naszym najlepszym zespołom, wobec czego okazało się, że robienie festiwalu międzynarodowego na siłę jest nonsensem, chyba że udałoby się ściągnąć nań prawdziwe gwiazdy nowego rocka.

Różnorodność muzyki granej w Jarocinie powoduje, że często dochodzi tu do ostrych starć pomiędzy wielbicielami jej poszczególnych gatunków. Mimo panującej atmosfery pełnego luzu i swobody, nie kończącej się zabawy, czuję się cały czas groźbę konfliktu. Punki wygwizdują grupy heavy metalowe, pozostali grupy hippisowskich — nową falę, nowofalowi rastamanów i tak dalej. Do najostrzejszego konfliktu doszło podczas koncertu nowofalowej Republiki, zespołu, mogącego poszczycić się już dwoma płytami wydanymi w kraju i jedną w Wielkiej Brytanii („1984”). Do zespołu tego, swego czasu najpopularniejszego w naszym kraju i lubianego przez wszystkich, zraziły się w pewnym momencie załogi punkowe, a także część jego byłych wielbicieli. Jeszcze przed koncertem zorganizowała się duża grupa przeciwników Republiki, zaopatrzona w obraźliwe transparenty, pomidory, piach w rękach. Zapowiedź koncertu wywołała lawinę gwizdów i krzyków „do domu!”, zagłuszających oklaski znacznie spokojniejszej i cichszej rzeszy fanów zespołu. Podziwiać należy tylko odwagę lidera grupy Grzegorza Ciechowskiego, który podszedł jak najbliżej publiczności, bez słów przyjął lecący nań grad ogryzków, pomidorów i piachu, później spokojnie poprosił o kawałek szmaty do wyczyszczenia syntezatora z odpadków pomidora i rozpoczął koncert — kolejny znakomity koncert w historii zespołu. Po jego zakończeniu słychać było tylko ogłuszające brawa i skandowanie: „Republika, Republika...”.

Grzegorz Ciechowski podczas koncertu Republiki, Jarocin 1985Grzegorz Ciechowski podszedł jak najbliżej publiczności, bez słów przyjął lecący nań grad ogryzków, pomidorów i piachu, później spokojnie poprosił o kawałek szmaty do wyczyszczenia syntezatora i rozpoczął koncert... Fot. Mirosław Soliwoda.

Występ ten dał festiwalowej publiczności upokarzającą lekcję zachowania, tolerancji i szacunku dla wszystkiego, co gra się na scenie podczas imprez tego typu co festiwal w Jarocinie.

Najspokojniej i najweselej było w Jarocinie wówczas, gdy grały grupy reggae. Wraz z pulsującym rytmem tej muzyki likwidowano wszelkie podziały, zacierając się w tańczących korowodach i kółeczkach. „Muzyka serc”, „muzyka, która łączy i jednoczy” — zapowiadano jej dźwięki, które potrafiły napełnić stadion radosną atmosferą. Takim też optymistycznym akcentem czyli koncertem grupy RO-KOSZ, grającej reggae, zakończył się kolejny Festiwal Muzyków Rockowych w Jarocinie.

I chociaż można mieć pewne zastrzeżenia do jego poszczególnych elementów, to warto było poświęcić dlań pięć ciekawych, wakacyjnych dni. Nie pozostaje więc nic innego, jak polecić tym, którzy w Jarocinie nie byli, półtoragodzinny dokumentalny film o festiwalu, kręcony przez filmowców ze studia im. Karola Irzykowskiego, który wkrótce ukazać ma się na ekranach polskich (i miejmy nadzieję, że nie tylko polskich) kin.

MIROSŁAW SOLIWODA
Fot. autora

  
Strona zrobiona przez W_MatNi+W_SiECi