FESTIWAL MUZYKÓW ROCKOWYCHJAROCIN 89 | |||
MAGAZYN MUZYCZNY 10/1989JAROCIN 89 — NA ZAKRĘCIEAutor: Arkadiusz Praglowski, „Magazyn Muzyczny” nr 10 (368)/1989, październik 1989, s. 24 Ludzie mówią różnie. Dla jednych festiwal umarł, przewrócił się rok temu i już się nie podniósł. Zdechł. Nie ma go. Jest trupem. Inni twierdzą, że w tym roku odrodził się i być może będzie się rozwijał. Wiadomo już, że ma to być droga w zupełnie nowym kierunku, ale przecież wszystko posuwa się w nowym kierunku... Jeśli przyjąć, że prawda zawsze leży pośrodku, mamy do czynienia z tworem w połowie żywym, a w połowie martwym. Czego bliżej znalazł się festiwal — życia czy śmierci, sukcesu czy upadku? Nie sposób znaleźć na tak postawione pytanie jednoznaczną odpowiedź. I nie jest to wcale unikanie rzetelnej i uczciwej oceny, po prostu Jarocin w tym roku był festiwalem kompletnie innym niż w ubiegłych latach i według innych kryteriów należy go oceniać. Na pewno organizacyjnie był o wiele lepszy niż w ostatnich latach (ale też i te ostatnie lata były takie, że nie bardzo jest do czego porównywać). Obyło się jednak bez ewidentnych wpadek — potknięcia i niedociągnięcia, których byliśmy świadkami, nie były na tyle istotne, żeby wyciągać z nich jakieś daleko idące wnioski odnośnie kondycji całego festiwalu. Nie był to jednak festiwal w pełni udany. Rzeczywiście sprawiał wrażenie, jakby był TROCHĘ MARTWYTego nie da się do końca wyjaśnić, ale w czasie trwania TEJ imprezy zawsze istniała pewna specyficzna atmosfera wielkiego rockowego święta. Festiwal jarociński po prostu miał duszę. Czuło się ją nawet w ubiegłym roku, kiedy poziom „największego festiwalu w Europie Wschodniej” osiągnął absolutne dno. Teraz owej atmosfery, owej duszy, zabrakło. Kto nigdy nie był w Jarocinie, zapewne nie zrozumie, o co chodzi, ale pamiętam, że zawsze w momencie przekraczania granic miasta ogarniało wszystkich lekkie podniecenie, nastrój charakterystyczny tylko dla tego miejsca i tego czasu. Tym razem brak emocji, zupełnie nie czuło się, że właśnie rozpoczyna się Rockowe Święto. I nie chodzi bynajmniej o to, że przyjechało mniej ludzi. Gdy rok temu przyjechałem z Radiem Nieprzemakalnych na kilka dni przed rozpoczęciem koncertów, pole namiotowe też było niemal puste, ale czuło się to COŚ. W tym roku NIE BYŁO RADIAWielu moich rozmówców w tym właśnie widziało przyczynę braku „jarocińskiej” atmosfery i powód ogólnego smutku. Pewnie coś w tym jest — do tego dziwnego programu, nadawanego ze starej wojskowej radiostacji na kółkach, zdążyli się przyzwyczaić zarówno stali mieszkańcy, jak i ci „sezonowi”, którzy masowo zresztą przywozili ze sobą radioodbiorniki. No cóż, tym razem gospodarze miasta zrobili wszystko, żeby Rozgłośnia, która ośmieliła się ich krytykować w roku ubiegłym, w tym roku nie miała takiej okazji. Szkoda, że tak się stało, ale przecież sześć czy siedem lat temu też nikomu nie śniło się nawet o Radiu Nieprzemakalnych, a festiwal przeżywał swój największy rozkwit. Cóż więc się stało, że zabrakło tego nieokreślonego elementu, który stanowił o inności i niepowtarzalności przeglądu? Może to ludzie się zmienili, a może... ZABRAKŁO MUZYKI?Pomińmy na razie zaproszonych gości. Jakie mamy gwiazdy, wiemy wszyscy, zresztą nie one były zwykle najważniejszą treścią jarocińskiego festiwalu. Tutaj zawsze najważniejszy był konkurs. Wielkie forum młodej, zbuntowanej muzyki. Muzyki nie wplątanej jeszcze w żadne układy i zobowiązania. Muzyki prawdziwie wolnej i niezależnej. Oczywiście nie oznaczało to nigdy, że była ona wielka i wybitna. Znakomita większość występujących w konkursie zespołów prezentowała dość niski, amatorski poziom i z reguły skazana była na zapomnienie. Z drugiej strony niemal co roku (oczywiście pomijam tu dwa ostatnie lata, które nijak do ogólnego obrazu Jarocina nie pasują) pojawiało się kilku zdecydowanych faworytów, którzy w krótkim czasie stawali się autentycznymi gwiazdami. Wystarczy przypomnieć takich laureatów jak TSA (1981), Siekiera (1984) czy Sztywny Pal Azji (1986). Jak było tym razem? Znów pojawili się zdecydowani faworyci — i to nie jakieś Zielone Żabki czy Detonatory — autentyczni kandydaci na gwiazdy z prawdziwego zdarzenia. Niestety, odnosiło się wrażenie, że ludziom ta sytuacja nie odpowiada — tak jakby przyzwyczaili się do paranoi z ostatnich lat i w pełni ją zaakceptowali. W wyniku tego Closterkeller — zdecydowanie najlepszy zespół Jarocina 89, który w pełni zasłużył na główną nagrodę (500 000 zł i obietnicę nagrania płyty dla Polskich Nagrań) — spotkał się z ogólną niechęcią, by nie powiedzieć zawiścią znacznej części publiczności i... pozostałych konkursowych kapel. Już pierwszego dnia przesłuchań rozeszła się pogłoska, że grupa ta ZOSTAŁA laureatem festiwalu. Formacja Bush Doctor bez najmniejszego zażenowania gratulowała ze sceny Closterkellerowi zajęcia pierwszego miejsca na kilka dni przed koncertem samych ewentualnych zainteresowanych. Nie trzeba chyba dodawać, że owe „rewelacje” były po prostu zgrabnym, choć mało uczciwym zagraniem pod publiczkę na zasadzie: „kochani, my wam powiemy, kogo ci oszuści z jury wybrali sobie przed festiwalem, a wy za to głosujcie na nas!”. Takich postaw było niestety dość dużo i zachwiały one powszechnym mniemaniem o solidarności muzyków rockowych. Na szczęście drugi laureat — Proletaryat — nie wzbudzał tylu niezdrowych emocji i dobrnął do swojej nagrody w nieświadomości, zapewne nie licząc nawet na wyróżnienie. Prawdę mówiąc, i dla mnie było to pewne zaskoczenie, gdyż pomimo tego, iż pabianicki band gra bardzo solidną, punkową muzykę i nie brakuje mu ani umiejętności technicznych, ani mocy w gardłach, to jednak nie wydał mi się właściwym kandydatem do nagrody w 1989 r. — kilkanaście lat po punkowej rewolcie. W momencie, gdy punk rock dawno spełnił swoją oczyszczającą rolę w muzyce, naturalnym biegiem rzeczy wypalił się i wygasł, działając jedynie gdzieś na dalekich obrzeżach tego, co obecnie ważne i potrzebne. Ale tutaj od razu nasuwa się pytanie: jeśli nie oni, to kto? Anarchistyczno-ludyczny, za to nijaki muzycznie Big Cyc? Oczy Amelki? Owszem, bardzo sympatyczna grupa grająca lekką wakacyjną muzyczkę, ale czy to kandydat do nagrody? A może — jak twierdzą inni — Obstawa Prezydenta? Hmmm, wycinają boogie tak siarczyście, że trudno ustać w miejscu i z pewnością czeka ich wielka przyszłość, odnoszę jednak wrażenie, że przyjechali się ścigać nie na ten konkurs. Wyszło trochę tak, jakby brydżysta przyjechał ni stąd, ni zowąd na turniej szachowy. Może więc potencjalnych laureatów należałoby SZUKAĆ GDZIE INDZIEJ— poza 36 wybrańcami, którym w wyniku decyzji Komisji Kwalifikacyjnej dane było wystąpić na Małej Scenie? Przyjrzyjmy się tym innym, podobno gorszym i niezasługującym na udział w festiwalu. DHM — nowofalowa formacja z Puław, grająca melodyjną, choć utrzymaną w nieco mrocznym nastroju muzykę. W ubiegłym roku wypadli w Jarocinie tak dobrze, że bez dodatkowych przesłuchań zostali zaproszeni do wzięcia udziału w przeglądzie Poza Kontrolą, gdzie, według oceny wielu dziennikarzy, byli jedną z najciekawszych grup. Wkrótce potem nagrali w radiowym studiu utwór „Nie ma już słów”, który ponad pół roku utrzymywał się na liście przebojów RH. Wszystko wskazuje na to, że ich najnowszy numer „Ty wiesz” powtórzy ten sukces, komisja kwalifikująca wykonawców uznała jednak, iż to za mało... Opozycja — znakomita, niezwykle czadowa grupa z Wodzisławia Śl., również nie spodobała się komisji. Pomimo tego Opozycjoniści przyjechali do Jarocina, dosłownie wykłócili się o pozwolenie na występ i... zagrali tak dobrze, że zakwalifikowali się na dużą scenę, zgarniając po drodze nagrodę RH. Inna sprawa, że do końca nie mogli uwierzyć w tak wielkie szczęście i odesłali do domu instrumenty, w związku z czym w finale musieli grać na pożyczonym sprzęcie. 1984 — tej grupy chyba nie trzeba przedstawiać. Wieść niesie, że Piotr „Mizerny” Liszcz wysłał do Jarocina kasetę z nagranym nowym materiałem — chciał po prostu, jak inni, wystąpić w konkursie. Niestety, odpadł w przedbiegach... Pornografia — łódzkie Sisters Of Mercy — nie jest to może kandydat do nagrody, ale po obejrzeniu kilku ich koncertów twierdzę, że prezentują poziom niedostępny dla większości występujących w konkursie zespołów... Mógłbym wymienić jeszcze kilka zespołów, które chciały zagrać i moim skromnym zdaniem zasługiwały na udział w jarocińskim konkursie. W zamian „decydujące gremia” zaproponowały nam takie odkrycia jak Fjoletowe Płyny Zdrowotne (brrr), Zyletka dla Edka czy Masturbacja. W tej sytuacji trudno nie mieć zastrzeżeń do składu Komisji Kwalifikacyjnej (lub — być może — do sposobu przeprowadzenia kwalifikacji). Kolejnym zjawiskiem, które budziło w tym roku mieszane uczucia, było, delikatnie mówiąc, nieco DZIWNE ZACHOWANIE PUBLICZNOŚCIJarocińska publiczność zawsze (i za to ją ceniłem) była bezkompromisowa, otwarta i szczera w swoich reakcjach. Nie tolerowała kiczu, fałszu i ulegania modom. Potrafiła za to docenić naprawdę dobrą muzykę. Każdą muzykę. Pamiętam, jak rok temu zespół No Smoking bał się przed wejściem na scenę, ponieważ wspomagał się taśmą, na której były nagrane bębny i klawisze. Wcześniej nikt w Jarocinie nie odważył się tak wystąpić — bali się, że publiczność nie zaakceptuje playbacków jako rekwizytu innych muzycznych rejonów i innych festiwali. Smokingi zostali jednak znakomicie przyjęci — publika doceniła MUZYKĘ. W czasie tego samego bodajże koncertu ta sama publiczność, skandując „co zrobiłeś z Jarocinem?!”, zmusiła do opuszczenia sceny Leszka Windera (ówczesnego dyrektora artystycznego), protestując w ten sposób przeciwko zarzynaniu festiwalu. ICH festiwalu. A dzisiaj? Publiczność (ta sama? inna?) była „na nie” dosłownie do wszystkich. Przez cały czas trwania festiwalu zaledwie kilka zespołów nie zostało potraktowanych kefirem, pomidorami lub torebkami z błotem. Nawet tak szanowani i lubiani wykonawcy jak Tomek Lipiński czy Kult byli na początku swoich występów dosłownie i w przenośni obrzucani błotem i dopiero po 2–3 numerach zyskiwali pełną akceptację. Skąd ta agresja? Nie wynikała przecież z muzyki, gdyż wyzwalała się przed zagraniem pierwszego akordu i w czasie koncertu na ogół gasła. Dlaczego ludzie, którzy przyjechali przecież po to, aby posłuchać muzyki (i zapłacili za to sporo pieniędzy), traktowali z taką nienawiścią tych, którzy przyjechali dla nich grać? A może chodziło o coś innego? Nie mogę tego zrozumieć i zaakceptować nowego obrazu jarocińskiej publiczności, tak jak nie jestem w stanie pojąć scen dziejących się wokół amfiteatru, gdy to na hasło „zabij skina” połowa publiczności (w czasie dobrego koncertu!) opuszczała swoje miejsca i rozpoczynała się gonitwa po okolicznych trawnikach. Na szczęście skini nie dojechali w większej grupie... Jakoś tak się złożyło, że w tym roku większą część relacji z Jarocina zajęły sprawy nienormalne i złe, wypada więc poświęcić trochę miejsca temu, co dobre i normalne. Przede wszystkim Piotrowi Majewskiemu udało się doprowadzić do tego, że w Jarocinie wystąpiła prawie cała CZOŁÓWKA POLSKIEGO ROCKAGwiazd przyjechała taka obfitość, że z braku miejsca nie sposób wymienić ani zrecenzować poszczególnych koncertów. Tegoroczny dyrektor artystyczny (jeszcze niedawno nasz redakcyjny kolega) wyszedł ze słusznego założenia, iż aby odbudować znaczenie festiwalu oraz zyskać akceptację publiczności i dziennikarzy, należy zaprosić jak najwięcej wykonawców znanych i cenionych — takich, którzy byli w stanie „pociągnąć” imprezę. Udało się. Koncerty Janerki, Dżemu, Daabu (z trzema wokalistami: Zenczewskim, Krzywym i... Strojnowskim), Armii, Tiltu czy Ziyo na pewno na długo pozostaną w pamięci. Bardzo dobrze wypadły też młodsze zespoły — np. Blitzkrieg, który zagrał chyba jeden z najlepszych koncertów w swojej karierze i równocześnie jeden z najciekawszych w czasie całego festiwalu. Można bez przesady powiedzieć, że oto kolejni młodzi i dotychczas tylko „rokujący nadzieje” dołączyli do grona gwiazd. Świetnie zagrał również inny niedawny debiutant — bardzo szybko i efektownie pnący się po szczeblach kariery warszawski kwartet Reds z gościnnie przygrywającym na basie Jajcem, który — o dziwo — okazał się tym razem nie być takim fachmanem, za jakiego uchodzi i podczas gdy jego młodsi koledzy grali bezbłędnie, on sam momentami knocił (co można jednak złożyć na karb niewielu prób). Wydaje się, że trafionym pomysłem było podzielenie festiwalu na koncerty tematyczne. Uporządkowało to sytuację, poza tym ułatwiło organizację, gdyż „dzierżawcy” poszczególnych wieczorów (I dnia Armia, II Waldek Rudziecki, III KSM i Dżem) sami martwili się o dobór wykonawców i układali program koncertów. Również publiczność szybko dostosowała się do takiego rozwiązania, co można było ocenić po stosunkowo małej liczbie karnetów, a dużej biletów na poszczególne dni. Sporą popularnością cieszyło się również (dlatego, że darmowe?) nocne muzykowanie na Małej Scenie w amfiteatrze. Zaczynało się zwykle około północy — po zakończeniu działań na stadionie — i trwało prawie do świtu. Cierpiący na bezsenność albo ci, którzy po prostu nie mieli gdzie się podziać, mogli posłuchać bardzo różnorodnej muzyki — od ballad akompaniującego sobie na gitarze Kurta Kecka, aż do rozbudowanej, naszpikowanej efektami muzycznymi i wizualnymi propozycji Włodka Kiniorskiego i jego grupy Paff. Wobec mnogości tych, którzy mniej lub bardziej udanie zaprezentowali się jarocińskiej publiczności, zapomnieliśmy niemal o tych, którzy z różnych powodów byli NIEOBECNINie było ich wielu, ale gwoli dziennikarskiej uczciwości wypada ich wymienić. Nie dojechali Bułgarzy, którzy na jakiś czas zawiesili działalność muzyczną i wyjechali w celach zarobkowych do Francji (jeszcze nie tak dawno mieli tam jechać na tournée, a teraz...). Nie pojawiła się w jubileuszowym koncercie Dżemu Recydywa, gdyż — jak już podawaliśmy (...) — lider tego zespołu utracił „u przyjaciół” znaczną część uzębienia i śpiewanie przychodzi mu z niejakim trudem. Zabrakło też kilku gości z zagranicy, osobiście żałuję jedynie nieobecności grupy Poems For Laila z Berlina Zachodniego — widziałem ich dwukrotnie w czasie Nowej Sceny i z wielką przyjemnością zobaczyłbym ich jeszcze raz. Prawdę mówiąc, z jeszcze większą przyjemnością obejrzałbym na jarocińskiej scenie U2, The Cult, Sisters Of Mercy, Killing Joke i wielu innych wykonawców, ale to chyba jeszcze nie w tej dziesięciolatce... To tyle. Więcej grzechów nie pamiętam i myślę, że trzeba po tym wszystkim trochę odpocząć i jeszcze raz wszystko w sobie przetrawić. Jedno stało się dla wszystkich jasne: Jarocin znalazł się na zakręcie, bardzo ostrym. Nie wiadomo jeszcze, w jaką stronę będzie zmierzał i czy nie rozbije się gdzieś po drodze. Pewne jest jedno — dawna formuła festiwalu umarła i już nie zmartwychwstanie. W obecnej sytuacji nie miałoby to zresztą większego sensu. Piotr Majewski, który — jak można wywnioskować z pewnych wypowiedzi — będzie robił festiwal również w przyszłym roku, prowadzi go w całkowicie nową stronę. Co prawda na razie zagubił gdzieś wartości, które zawsze były utożsamiane z jarocińskim festiwalem, ale być może uda mu się doprowadzić do tego, że zyska on wartości nowe — takie jak profesjonalna organizacja, autentyczna promocja młodych wykonawców, a co za tym idzie, może wreszcie zacznie być odbierany w kategoriach muzycznych, a nie socjologicznych (wśród akredytowanych dziennikarzy ponad połowa nie miała z muzyką nic wspólnego — przyjechali szukać sensacji). Ech, rozmarzyłem się, a przecież ciągle żyjemy w PRL i nawet dyrektor Majewski nic na to nie poradzi. | |||
Strona zrobiona przez W_MatNi+W_SiECi |