Czy Jarocin jakoś istnieje w pańskiej świadomości?

Jarocin? No chyba od początku, to znaczy jeszcze kiedy się ukrywałem, był głównym miejscem spotkań przy muzyce, różnej muzyce. I różnych ludzi.

Tak. I nadal jest. Nadal zresztą życie polityczne jest burzliwe. Być może Jarocin jest nadal zaworem bezpieczeństwa.

Nie pojmowałem „Jarocina” jako wentylu bezpieczeństwa. To jest może raczej znakomite miejsce, gdzie można zobaczyć, przekonać się jak i czym żyje młodzież, jak myślą, co myślą, czego chcą słuchać. Dla mnie trochę Jarocin taką rolę spełniał. Zawsze bywali tam nasi znajomi, zawsześmy ich wypytywali o wszystko. Nie tylko, gdy działałem w podziemiu, ale również w ostatnich latach.

Rock’n’roll coś dla Pana znaczy?

Tak. Rock’n’roll towarzyszy mi od wczesnej młodości. W ostatnich kilkunastu latach pojawiło się tyle nowych kierunków, jak choćby reggae, z czym spotkałem się w pierwszych dniach stanu wojennego. U kogoś, u kogo się ukrywałem, słuchałem tej muzyki zresztą w najlepszym wydaniu, jakie w owym czasie było dostępne. Trochę metalu. Ten stary, dobry rock’n’roll - to tylko cząstka całości. Z drugiego bieguna muzyki lubię też country. Ten gatunek w Jarocinie chyba nie występuje?

Raczej nie. Czy jednak dzisiaj znajduje Pan czas na rock’n’rolla?

Czasem zupełnie nieoczekiwanie polityka i rock’n’roll sąsiadują z sobą. Czasem decyduje to o formacie samych polityków. Przypomina mi się takie wydarzenie związane z królową Elżbietą II, której muzycy zaśpiewali i zagrali coś, co dla niej byłoby normalnie obraźliwe: „Królowa jest brzydka, królowa jest wstrętna”. Gdy się zbliżyła zademonstrowała kilka tanecznych kroków utrzymanych w rytmie tej muzyki, czym zjednała sobie natychmiast sympatię widzów.

W ostatnich latach doszło do głosu nowe pokolenie polityków. Ci ludzie wyrażają inną estetykę muzyczną. Prezydent Vaclav Havel jest przykładem znamiennym. Przyjazd Rolling Stones na jego zaproszenie w czasie, gdy Lech Wałęsa mógłby powołując się na jubileusz „Solidarności”, zrobić podobnie - zjednał mu wielu sympatyków.

Dokładnie tak jest. Myślę, że u nas będziemy mieć do czynienia z bardzo zachowawczym, a nawet groźnym stanowiskiem wobec inności. Również zróżnicowanie form kulturowych jest rodzajem bogactwa. Jeżeli ktoś zada sobie trud, aby choć troszeczkę wniknąć w to, skąd się to bierze, dlaczego to się pojawia - to dojdzie do bardzo ciekawych wniosków. Stać go będzie wtedy i na tolerancję i na akceptację. Mam wrażenie, że my, niestety, mamy do czynienia z tendencją odwrotną.

Zacytuję Panu pewien tekst: „Dzięki festiwalom Jarocin kojarzy się (...) z miejscem dewiacji i upadkiem obyczajów”.

Ha!Ha!Ha! Myślę, że ci, którzy tak piszą powinni posłuchać samych mieszkańców Jarocina, bo oni najwięcej wiedzą na ten temat. Z tych wypowiedzi, które ja czytałem wynika, że mają oni jednak dużo tolerancji w sobie.

Paradoks polega na tym, że ten tekst jest fragmentem wypracowania zredagowanego przez Koło Emerytów i Rencistów NSZZ „Solidarność” w Jarocinie.

Ha!Ha!Ha! O! Rany. Ale się załapali.

Zapewne przypomina pan sobie I Przegląd Piosenki Prawdziwej w 1980 r. w Gdańsku. „Solidarności” zależało wtedy na sprowadzeniu Boba Dylana, Leonarda Cohena, Franka Zappy, Micka Jaggera - symboli kontestacji. Nie przyjechali tylko wskutek trudności organizacyjnych. Dziś ludzie z Solidarności głoszą takie bzdety, jak cytowałem.

Niestety, tak jest. Dla wielu moich kolegów wszystko to jest wielkim kłopotem. W pewnym momencie okazało się, że mają wpływ na bieg spraw, nie są do tego przygotowani. Wszystkie obiecanki związane z pracą, życiem, mieszkaniem, elementarnymi życiowymi sprawami nie są spełnione i zaczynają się w tym momencie pytania, na które już od ponad dwóch lat nie umieją znaleźć odpowiedzi. I wtedy znów w młodych ludziach nie widzi się już sojusznika, jest kłopot, widzi się ich jako przeciwników.

Punkt widzenia zależny więc jest od punktu siedzenia.

Na to wychodzi.