Jakie jest pańskie zdanie na temat jarocińskiego festiwalu - wielkiego spotkania na wielkim graniu?
- Jestem zachwycony ideą festiwalu jarocińskiego i różnymi próbami jej realizacji. Jarocin był, jest i będzie, gdyż jest to impreza straszliwie potrzebna młodym ludziom. I raduję się, gdy widzę tysiące młodych ludzi gromadnie słuchających muzyki i bawiących się na luzie. Cieszę się, że tak jest.
W tym roku przyjechało na festiwal bardzo dużo młodych ludzi, młodzieży 13-15 letniej. Nie przyjechali na jarocińskie rytmy, a jeżeli już, to w mniejszości starsi słuchacze muzyki rockowej. Dlaczego?
- Na to składa się bardzo wiele czynników. Można tu mówić o negatywach Jarocina. O tym, że niekiedy bywa tu za ostro - młodzi ludzie zachowują się agresywnie. Odbywające się zadymy odpychają publiczność od festiwalu. Bo po co przyjeżdżać skoro ma być jakaś zadyma. Przyjeżdżający nie mają jeszcze tych informacji zwrotnych. Oni chcą przeżyć coś zbiorowego, dla nich Jarocin jako muzyka i Jarocin jako miejsce spotkania ma dużą wartość. Natomiast starsi zrazili się do niektórych zdarzeń rozgrywających się w czasie festiwalu, trochę może przeżyła im się ta atmosfera i chcieliby zobaczyć coś innego.
Dlaczego tzw. szeroka opinia publiczna uważa Jarocin za Mekkę wszelakiego zła?
- Ludzie, którzy tak mówią absolutnie nie wiedzą co się tutaj dzieje, szukają sensacji. Ja natomiast myślę, że jest tutaj „czysto”. Oczywiście w tak dużej i różnorodnej zbiorowości zdarzają się sytuacje negatywne, niepotrzebnie zresztą wyolbrzymiane przez mass-media.
Po co pan przyjechał do Jarocina?
- Przyjechałem tutaj, by zobaczyć młodych, bawiących się ludzi oraz by grzać atmosferę wokół koncertu „Niech świat się do nich uśmiechnie”. Jest to impreza, którą organizuję w Warszawie (14 sierpnia) poświęcona dzieciom chorym na AIDS. Dzięki temu koncertowi chcemy zebrać „konkretne pieniądze”, które złożone w banku będą pracowały na te dzieciaki. To spotkanie przy muzyce służyć ma jeszcze obudzeniu wrażliwości, wyczuleniu na cierpienia bliźniego u młodych. Spowodowanie, by wyciągnięcie ręki do potrzebującego stało się naturalnym odruchem.
Czy pana zdaniem Festiwal w Jarocinie uczy jego uczestników czegoś pozytywnego?
- Aby odpowiedzieć na to pytanie trzeba byłoby przeprowadzić badania socjologiczne. Ja myślę, że młodzi ciągną tu do Jarocina „gromadami ciepła”. Oczywiście zdarzają się ekscesy, które mrożą krew w żyłach. Myślę, że większość tych plusowych epizodów, kiedy młodzi dzielą się kawałkiem chleba i okazują sobie przyjaźń, zostawia w nich pozytywny, silny i trwały ślad. Po prostu ROCK TO MUZYKA, która leczy, uczy i bawi. Po prostu Miłość, Przyjaźń i Muzyka. I dlatego też Jarocin powinien odbywać się „do zawsze” - nie może go zabraknąć.
Zajmuje się pan teraz organizowaniem pomocy ludziom chorym na AIDS. Czy nie zapomniał pan o narkomanii na rzecz wirusa HIV?
- To nie jest tak. Przecież to właśnie narkomania jest głównym powodem AIDS. Szacuje się, że ok. 50 tys. narkomanów w Polsce jest trafionych. Większość moich pacjentów w domach „Monaru” to właściwie chorzy z wirusem HIV. Nie mogłem zapomnieć o tych ludziach i ich chorobie. Muszę i chcę ich bronić przed wojującą z nimi opinią publiczną. Robię to już od 25 lat i będę to robił do końca moich dni. Nie mogę tak ich zostawić.
Czego chciałby pan życzyć Festiwalowi w Jarocinie?
- Chcę powiedzieć, że ten festiwal nie może być do końca żywiołowy. Myślę, że z roku na rok jest coraz lepiej. Zdaję sobie sprawę, że wielu poważnych ludzi jednocześnie czujących bluesa pracuje nad tym, żeby ten festiwal był coraz cieplejszy. Życzę festiwalowi, żeby był po wsze czasy właśnie autentyczny, ciepły, żeby się nie sprzedawał nikomu, aby tutaj mówiono i grano to co się czuje, żeby wytykano to co kiepskie a nagradzano dobre.
P.S. Zapraszam jarociniaków na warszawski koncert. I wy możecie pomóc dzieciakom.

Muzyka jak z Jarocina


