Jest czwartek 6 sierpnia - pierwszy dzień festiwalu. Niedawno minęła 23-cia. Przez uchylone okna do budynku Komendy Rejonowej Policji w Jarocinie wdziera się dźwięk syren. Jeden z policjantów, z którymi siedzę w pokoju, chwyta za słuchawkę. Wszyscy w napięciu oczekujemy wiadomości o przyczynie alarmu. Wreszcie na pytające spojrzenia pada odpowiedź: „Pali się stóg w Lubinii Małej i las w Tarcach”. Te wydarzenia nie mają związku z festiwalem. Wszyscy się uspokajają.
Jak na razie policja nie może narzekać na tegorocznych gości festiwalowych. Jednak pomimo bezkonfliktowego zachowania fanów rocka stróże porządku nie próżnują. W newralgicznych punktach stoją policyjne „Tarpany”, „Nyski”, czy nawet „Stary”. Po ulicach chodzą trzyosobowe piesze patrole. Jest również kilka samochodów, które od czasu do czasu objeżdżają miasto. Jednym z nich jedziemy spod Komendy na Rynek. Po drodze mijamy kilku młodych ludzi z plecakami. Część idzie w kierunku pola namiotowego, inni na dworzec. Czyżby już wyjeżdżali?
Dojeżdżamy do Rynku. W oczy rzuca się dziwna pustka, potem wielkie ilości bezładnie porzuconych śmieci. Pod Ratuszem śpią nieliczni przyjezdni. Dyżurujący na Rynku funkcjonariusze policji i Straży Miejskiej nudzą się wyraźnie. Wyjeżdżamy stamtąd kierując się na stadion. Po drodze ani żywej duszy. Dopiero zapełniony samochodami parking przy restauracji „WB” przypomina, że właśnie odbywa się w Jarocinie festiwal. Im bliżej stadionu tym więcej ludzi. W jego bezpośrednim sąsiedztwie życie toczy się odrębnym, festiwalowym rytmem.
Przez główną bramę wejściową ciągle ktoś wchodzi, ktoś wychodzi. Wokół wejścia stoją, siedzą lub leżą ci, którzy nie mają za co wejść bądź przyszli popatrzeć (mieszkańcy Jarocina). Od czasu do czasu kolejna osoba kupuje karnet. W pewnej chwili trzy dziewczyny, które właśnie nabyły bilety podchodzą do „Nyski” i wypisują je na szybie policyjnego samochodu. Żaden z funkcjonariuszy nie zwraca na to uwagi. Sielankę przerywa komunikat dobiegający z samochodowej radiostacji, że od strony ul. Maratońskiej ludzie wchodzą przez płot. Tam też chyba jest policja, gdyż nikt spod bramy głównej się nie rusza.
Idę na stadion. Przy bramie zatrzymuje mnie jeden z członków ochrony. Odkleiło mi się zdjęcie od karnetu. Mam pokazać dowód osobisty. Nie zabrałem. „Bramkarz” macha ręką. Na stadionie takich tłumów jeszcze nie było. Właśnie odbywa się wielkie przemieszczanie. Zakończył się koncert „Dżemu”. Teraz gra „Sierra Manta”. Wracam. Przed bramą nic się nie zmieniło. Trwa bezustanne wchodzenie i wychodzenie.
Od bramy idzie w naszym kierunku młoda dziewczyna. W Jarocinie jest pierwszy raz, zgubiła swoją grupę. Nie ma przy sobie pieniędzy ani dokumentów. Wszystko zostało w namiocie. Nie wie, jak tam trafić. Mówi coś o ul. Przemysłowej i wąskim przejściu pod mostem kolejowym. Wsiadamy do samochodu. Jedziemy na Przemysłową. To nie tutaj. Na Zacisznej też nie. Pozostaje w takim razie ul. Jachowskiego. Udało się. Zostawiamy rozradowaną pasażerkę i wracamy na stadion.
Przy zamku w parku stoi kilkanaście samochodów z numerami rejestracyjnymi różnych województw. W amfiteatrze ciemno i głucho. „Dziupla” zamknięta. Policjanci w stojącym koło stawu „Tarpanie” podrzemują. Przy stadionie żadnych zmian. „Mój dom murem podzielony.” - dobiega ze sceny. „Prawa strona nigdy się nie budzi, lewa strona nigdy nie zasypia.” - śpiewa „Kult”. Na masce samochodu policyjnego, obok którego stoimy leży kilka darmowych egzemplarzy czasopisma „Spotkania”. Od czasu do czasu znika kolejna sztuka. Trzeci, może już czwarty raz tą samą drogą przychodzi ten sam pieszy patrol. Porozmawiają z kolegami i znów obejdą swój teren. Radiostacja milczy jak zaklęta. Czyżby coś nawaliło? Nie, to festiwalowi goście są tacy spokojni.
„Może pojedziemy na pole namiotowe?” - proponuję policjantom. Jest jeszcze za wcześnie, jedynie nieliczni uczestnicy koncertów na „Dużej Scenie” wracają do namiotów. Przy bramie miasteczka służba porządkowa sprawdza karty meldunkowe. „Tak spokojnie jeszcze nie było. Nie ma nawet żadnego zgłoszenia kradzieży.” - mówią do nas. Ciągle meldują się nowi mieszkańcy pola namiotowego. W rowie przy bramie śpi kilka osób. Dziewczyna z chłopakiem jedzą kolację z puszki, a może to już śniadanie? Ten sam biały kundel, który biegał przed stadionem pojawił się też tutaj. Chyba zgubił pana.
Po raz kolejny jedziemy na stadion, później okazało się, że to już ostatni raz. W bramie zaczynają przeważać wychodzący. Idą pojedynczo, w „parkach”, grupach kilku-, kilkunasto-, bądź kilkudziesięcioosobowych. Ubrani i uczesani bardzo różnorodnie. Część kieruje się na pole namiotowe, większość do miasta, gdyż tam porozbijali swoje namioty korzystając z gościny ogródków jarociniaków. Powoli zaczyna świtać. Na stadionie pozostają już tylko najwytrwalsi. Policjanci przy bramie też są już zmęczeni. Co pewien czas któryś z nich układa się wygodniej. Jest już po piątej, kiedy Jurek Owsiak kończy czwartkowy koncert. Zaprasza wszystkich na dzisiaj. O 10.00 rozpocznie się granie na „Małej Scenie”. Ci, którzy dotrwali do końca spiesznym krokiem zdążają do namiotów. Pozostało im niecałe pięć godzin snu.


Muzyka jak z Jarocina


