Tradycyjnie, każdego roku tuż przed oficjalnym rozpoczęciem Festiwalu Muzyki Rockowej, w Jarocińskim Ośrodku Kultury odbywają się przesłuchania zespołów, które zakwalifikowały się z kaset oraz tych, które odpadły lub tych, które nie zgłosiły się do konkursu wcześniej i teraz korzystają z dobrodziejstw „drzwi otwartych”. W tym roku przesłuchania rozpoczęły się o godzinie 10.00 w niedzielę 2 sierpnia, a więc na cztery doby przed godziną „zero”. Dwa pierwsze dni to szansa dla odrzuconych z kaset i tych, którzy kaset nie przysłali i w bezpośredniej prezentacji na żywo próbują przekonać jury o swoich umiejętnościach i granej muzyce. A z muzyką jest całkiem, całkiem O.K.

Od momentu otwarcia się naszego kraju na świat rockerzy z miast i miasteczek dokładnie śledzą najciekawsze wydarzenia i zjawiska dokonujące się w muzyce rockowej po tamtej stronie Renu. Często w JOK-u czułem się jakbym na chwilę został przetransportowany w okolice amerykańskiego odjazdu o wszystkim mówiącej nazwie Seattle, czasami do narkotyczne-robotniczych dzielnic angielskiego Manchesteru, innym znowu razem do słonecznej Kalifornii. Oczywiście były również momenty zażenowania, kiedy na scenie pojawiało się pospolite obszczymurstwo - zespoły, które w nieco bardziej brutalnej formie ale odwołujące się do tych samych zaściankowych gustów i potrzeb jak Top One. Zdecydowanie w odwrocie jest muzyka punkowa, a wielki renesans przeżywa metal z jego wszystkimi trash, speed, death odmianami. Dziwi mnie natomiast wręcz skandaliczny brak kapel reggae i kapel bluesowych. Dwie-trzy, które się pojawiły nie załatwiają sprawy.

Przejdźmy jednak do konkretów. Najbardziej przebojowym zespołem wśród tych, które przez cztery dni grały w JOK-u niewątpliwie był Dom ze Stalowej Woli. Po ich drugim występie na ulicach Jarocina kilkakrotnie słyszałem próby śpiewania przez uczestników przesłuchań piosenki pt. „Marihuana”. Dom to w prostej linii kontynuacja starych, dobrych tradycji heyowskich podanych w bardzo nowoczesnej formie - szczególnie słychać to w grze sekcji rytmicznej. Czasami mamy do czynienia z podziałami a la Beasty Boys w łączeniu z Aerosmithem w przerzucie na Pearl Jam, czasami kawałek prostej przebojowej wibrującej rockowej młócki rodem z lat siedemdziesiątych. Nad wszystkim czuwa charyzmatyczny wokalista jakby żywcem przeniesiony z dawnych dobrych czasów Długich Włosów. Podejrzewam, że gdyby Jarocin '92 dokładnie odzwierciedlał przypisane mu hasło Miłość, Przyjaźń, Muzyka to Dom zdobyłby nagrodę publiczności... ale to już zupełnie inna historia.

Wśród 18 zespołów zakwalifikowanych na Dużą Scenę, cztery reprezentują metal. Tylko cztery, ponieważ na skutek polityki programowej (żeby wszystkim coś tam podpasowało) nie było miejsca dla następnych czterech Hutników. A zapewniam Was. Bez żadnego obciachu, co najmniej dziesięć kapel metalowych mogłoby zagrać na stadionie i na pewno nie odbyłoby się to ze szkodą dla festiwalu. Metale przede wszystkim są świetnie przygotowani merytorycznie. Nie są to kapele nijakie. Dbałość o image, ruch sceniczny, demoniczny show stanowią już na starcie o sile rodzimych metalowych zespołów. Jeśli jeszcze dodamy umiejętności w operowaniu instrumentami to mamy do czynienia z maszyną trudną w zatrzymaniu. Na szczególną uwagę zasługują Hellias z Krakowa i Dead Infection z Białegostoku. Najlepsi moim zdaniem są Bloody Butcher z Piławy Górnej i Christ Agony z Morąga. To ci, którzy walczyli na Dużej Scenie i wcale od nich nie gorsi Rigor Mortis z Płocka (najbardziej oryginalna kapela z metalowych zespołów w Jarocinie), Alastor z Kutna oraz Incest z Olsztyna, którzy zaprezentowali się w Amfiteatrze.

Z grup punkowych przez sito eliminacji przedarły się dwie kapele Strajk z Płocka, moim zdaniem najlepsza grupa grająca ten gatunek muzyki - młodzi kolesie, którzy w przyśpieszonym tempie próbują zdobyć swój własny Mt. Everest i chyba są niedaleko szczytu. Druga kapela to GaGa z Jawora. Mocne dźwięki, mocne gardło, zamykam oczy i tak jakbym siedział na próbie Proletariatu.

Zupełnie inne odczucia miałem słuchając jarocińskiego Syjonu. To już starzy znajomi festiwalu. Kołysanie końca nie ma kiedy „regałowcy” z Syjonu są na scenie. Pozytywne wibracje obecne są również podczas występu dwóch kapel z zachodniego Pomorza - Fly Virgin z Gryfina i Hey ze Szczecina. Zespoły te do swoich słowiańskich żył wpuściły trochę najlepszej krwi ze znakomitych laboratoriów Seattle i Manchesteru. Myślę, że jeśli mówimy o exporcie polskiego rock'n'rolla nie możemy zapomnieć o tych dwóch kapelach.

Na Stadionie zabrakło niestety kilku zespołów, które według mnie już za chwilę, za chwileczkę odniosą sukces i Jarocin miał im pomóc. No cóż, nie tym razem. Szczególnie zawiedziony jestem brakiem na Dużej Scenie kapeli ze Szczecina Dum Dum. Doskonały wokalista, barwa głosu, dynamika, ekspresja i zachowanie na scenie - Ameryka!!! Dum Dum wygrali festiwal w Kielcach w tym roku, w Jarocinie spotkała ich przykra niespodzianka, ale jestem pewien, że odżyją już wkrótce we Francji, gdzie zostali zaproszeni jako jeden z pięciu świeżo odkrytych zespołów europejskich. Gratuluję! I życzę więcej szczęścia niż w Polsce.

Uważam, że wszystkie zespoły niedocenione, te które odpadły lub nie grały na Dużej Scenie nie powinny padać duchem. Jarocin to przede wszystkim zabawa, przygoda, a nie manna z nieba. Nie ma czego żałować. Nagroda dla zwycięzcy jest niczym w porównaniu z dobrym samopoczuciem tych, którzy po prostu uczestniczą w festiwalu ot tak - dla sportu! Osiemnaście kapel na Dużej Scenie można było zamienić na osiemnaście kapel z Małej Sceny i też byłoby fajnie. Więc nie ma powodu do załamania i obrażania się. To tyle. Do przyszłego roku. Cześć!