Dzisiaj jest wreszcie noc tajemnicza, wielce oczekiwana. Noc, którą wypełni Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. To nie jest strażacka sekcja instrumentów dętych ani „banda” górali beskidzkich. To jest wciąż odnawialny, rotacyjny, ekskluzywny Klub, do którego wstąpiły najlepsze polskie grupy rock’n’rollowe. Jest taki facet, Owsiak Jurek. Zna go czterdzieści procent populacji tego kraju. To są ludzie, którzy chyba nie przekroczyli dwudziestej piątej wiosny życia. Ten facet, którego ci w wieku poprodukcyjnym często mają za nieszkodliwego świra, gdyż nosi okulary w czerwonej oprawie i w dodatku się jąka, nie krępuje się gadać bez przygotowania w telewizorze i w radiu.

Ten gość bywa czasami w domu, gdzie od czasu do czasu ogląda telewizję. Zdarzyło mu się, że siedział sobie w fotelu i spośród migających obrazków, potoku słów, wyłowił scenkę, zupełnie naturalną, nieupozowaną. Artyści wśród medyków - chirurdzy z Centrum Zdrowia Dziecka - opowiadali o dzieciakach, które udało im się wydrzeć śmierci. O maluchach, które mogliby zachować przy życiu, gdyby nie drobiazg. Brak pieniędzy na operacje, które trzeba robić na otwartym sercu. Co ciekawe, ci ludzie nie próbowali robić z siebie szamanów, magów, którzy posiedli wiedzę tajemną, co często i gęsto dzieje się, gdy idziesz do doktora w rejonowej przychodni. Szczerze się martwią tym, że nie mogą zrobić więcej, chociażby nie wiem jak chcieli. Skarb państwa nie daje rady. Czasem trafi się ktoś, kto sypnie groszem - ale to rzadko. A oni chcieliby, żeby żadne z potrzebujących pomocy dzieci nie zostało odesłane z kwitkiem.

Największego zatwardziela by to poruszyło. Toteż ów Owsiak, wykorzystując środki masowego rażenia jak radio i TV, sugestywność rock’n’rolla oraz swoją nadaje równo, że jest tak i tak - potrzeba pieniędzy. Nieważne ile kto da, liczy się każdy grosz. Tak kochajmy dzieciaki jak rock’n’rolla!

I zaczęło się. Wojtek Waglewski skomponował swoisty hymn Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, czyli akcji pomocy dzieciom z wrodzonymi wadami serca. I tak jak wszędzie, tak i w Polsce zwariowany rock’n’roll rozgrzał serca muzyków, którzy zaczęli grać za darmochę i serca fanów, którzy odmówili sobie kufelka albo „radomskich” dla nieznajomych pędraków.

W sobotę wieczorem, w czasie tegorocznego „jarocina” znów się okaże, że rock’n’roll nie jest aż taki odrażający, brudny i zły. Bo dzięki niemu, jego twórcom i fanom, machając białymi kopertami z pięciotysięczną wkładką połączymy się z nieznanymi nam dzieciakami, o wielkich, smutnych oczach wypatrujących naszej pomocy.

P.S. Faktem jest, że czworgu dzieciom, za wasze pieniądze naprawiono już serduszka.