FESTIWAL MUZYKÓW ROCKOWYCH

JAROCIN 93

 

DZIEŃ DRUGI — NOWA FALA, NATURALNA FALA, CZYLI WITAJ EUROPO

„Brum”, nr 1/1993. Autor: Tomek Łada.

Tego dnia miało powiać w miejscowości Jarocin Europą. Wszystkie znaki na niebie i ziemi zdawały się na to wskazywać. Oto — zgodnie z programem — równo o godzinie 16.00 na dużą scenę wkroczyło dwóch modnie i rockandrollowo odzianych młodych mężczyzn. Wyniośle — dając do zrozumienia publiczności, kto tu rządzi — zapowiedzieli w dwugłosie ciąg dalszy konkursu o Wielką Nagrodę.

Na scenie zaprezentowało się kolejno sześć kapel „amatorskich”. Napisałem amatorskich w cudzysłowie, gdyż większość (jeżeli nie wszystkie) z nich prezentowała warsztat nieporównywalnie większy niż nasza krajowa czołówka. Poza tym część z tych grup może pochwalić się własnymi wydawnictwami fonograficznymi. Z grupy konkursowej najbardziej wyróżniły się bandy metalowe GEISHA GONER i KR'SHNA BROTHERS oraz artystowska FUTUROBNIA.

Po blisko dwóch godzinach zmagań okraszonych popisami elokwencji w wykonaniu prowadzących na scenę wkroczyły zespoły profesjonalne. Na pierwszy ogień poszedł laureat Marlboro Rock-In ’93 i wschodząca gwiazda firmy Polton — ILLUSION. Zespół był wyraźnie niedysponowany tego dnia. Muzycy sprawiali wrażenie ludzi, którzy na scenie znaleźli się przez pomyłkę. Zamiast usiłować nawiązać kontakt z publicznością mogliśmy widzieć ich odwróconych twarzami do — imponujących co prawda, ale chyba mniej interesujących niż twarze publiczności — facjat wzmacniaczy firmy Marshall. Sytuację ratował poruszający się w okolicach odsłuchów wygolony na zero wokalista. Co prawda ściskając się w okolicach tzw. podbrzusza miękkiego oraz wykonując konwulsyjne przysiady sprawiał raczej wrażenie adresata wyjątkowo złośliwych ciosów niż rockowego demona, ale i tak był najbardziej żywiołowy spośród muzyków.

Jednak nie tylko show w wykonaniu tego zespołu był słaby. Niestety, na jarocińskiej scenie nie obroniła się także muzyka kwartetu z Trójmiasta. Kompozycje chłopaków z ILLUSION to tylko kanciaste i niezgrabne kopie przebojów grup, które swoje korzenie miały w Seattle. Przez cały koncert słychać było dźwięki jakoby żywcem wyjęte z przebojów Alice In Chains, Pearl Jam czy Soundgarden. Zdaje się, że zespół już na początku swojej drogi artystycznej znalazł się w ślepym zaułku.

Następnie nasi sympatyczni prowadzący zapowiedzieli wielkie gitarowe granie. Na scenie miał się pojawić wirtuoz o nazwisku Affek wraz z osobami towarzyszącymi — grupa AGENCY. Niestety, kilkanaście tysięcy ludzi zgromadzonych na stadionie nie miało okazji przekonać się, czy aby konferansjerzy nie przesadzają z tymi umiejętnościami pana Affeka. Otóż — dzięki ludziom od dźwięku — ze sceny mogliśmy usłyszeć tylko sekcję rytmiczną i wokalistę. Publiczność poczuła się oszukana przez prowadzących i niezbyt przychylnie odnosiła się do funkowo-rapowych popisów AGENCY.

Na szczęście niezadowolenie młodych widzów minęło, gdy elokwentni wodzireje zapowiedzieli występ ACID DRINKERS. Nigdy przedtem nie miałem okazji widzieć tego zespołu na żywo, toteż z wielkim zainteresowaniem przystąpiłem do kontemplacji tego, co działo się na scenie. ACID DRINKERS byli tego dnia w wyjątkowej formie. Ich występ to istny wulkan energii, kompozycje znane z radia i płyt na żywo wykonywane są z niebywałą ekspresją. Mogliśmy także usłyszeć nowe utwory zespołu — z przygotowywanej właśnie do wydania czwartej płyty Acidów. Po tym, co usłyszałem z jarocińskiej sceny, będzie to jedna z najbardziej udanych polskich płyt tego roku. Koncert ACID DRINKERS to jednak nie tylko muzyka, to także trzech pozostających ciągle w ruchu znakomitych showmanów, potrafiących gestami doprowadzić szalejącą publiczność do wrzenia.

Magia nie trwa, niestety, zbyt długo. Na scenę wkroczyli znowu pretensjonalni i niekompetentni prowadzący. Wśród gwizdów i okrzyków dezaprobaty zapowiadają kolejny zespół — warszawski HUMAN. Ten zespół jest dla mnie cichym faworytem tego dnia. Wcześniej widziałem ich już kilkakrotnie i wiem, że wysokie kompetencje instrumentalne muzyków plus charyzma lidera zespołu — wokalisty Kostka Joriadisa — tworzą mieszankę piorunującą. Tutaj na jarocińskiej scenie miał nastąpić ich prawdziwy chrzest bojowy. Grupa HUMAN po raz pierwszy stanęła oko w oko z kilkunastoma tysiącami fanów rocka. Wychodzący na scenę zespół powitały spadające różnego rodzaju przedmioty oraz gwizdy i złowrogie okrzyki widzów. Determinacja muzyków była jednak tego dnia wyjątkowo wielka. Wkrótce naszych uszu dobiegła prawdziwa uczta muzyczna. HUMAN zagrał wyłącznie utwory dynamiczne. Mieszanka funky, metalu i muzyki soulowej spod znaku Jamesa Browna w wykonaniu warszawskiego kwartetu sprawia, że słuchacz podświadomie wpadał w trans owładnięty całkowicie dźwiękiem. Pulsująca, momentami lekko łamana gra sekcji rytmicznej, soczyste akordy gitarowe oraz kojarzący się z czarnoskórymi wokalistami głos Kostka — oto wyznaczniki stylu tej wspaniałej grupy. Dla mnie REWELACJA!!!

Jako następna na scenie zagościła grupa INCROWD. Znowu nowoczesne rockowe granie, znowu angielski u wokalisty. Zespół, mimo tremy widocznej na twarzach muzyków, gra ostro i żywiołowo. Natomiast publiczność nie reaguje zbyt gorąco. Słynący z ognistych włosów i takiegoż temperamentu wokalista Nowakowski nie wytrzymuje i rozpoczyna namawiać ciżbę pod sceną do wspólnej zabawy. Reakcją są wyłącznie gwizdy dezaprobaty i gęsto padające w okolice przebywania artystów przedmioty. Wokalista wyraża w końcu pragnienie poczucia zapachu potu lub ekskrementów publiczności. Wszystkie swe wypowiedzi Nowakowski okrasza sporą liczbą słów, których nauczyciele zabraniają używać na przerwach. Tłum wyje niezadowolony, a zespół wśród gwizdów kończy występ. Nasuwa się pytanie — młodzież nie potrafi się zachować czy też INCROWD powinni próbować kariery w innych krajach? Pozostaje ono jednak bez odpowiedzi.

Na scenie pojawiają się znowu księżniczki wieczoru — nasi sympatyczni konferansjerzy. Pełni miłości własnej zapowiadają kilkuminutową przerwę, po której ma wystąpić NEW MODEL ARMY — gwiazda numer jeden festiwalu Jarocin ’93.

Anglicy zagrali program złożony ze swych największych przebojów. Okazało się, że jest tego dosyć dużo, gdyż starczyło ich na dwugodzinny koncert. Z nowej, promowanej właśnie płyty zagrali tylko trzy piosenki. To, czym mogli zaimponować, to perfekcjonizm. Starannie przygotowany show, żadnej przypadkowości, zbędnych gestów; mimo bariery językowej nie mieli problemów z nawiązaniem kontaktu z publicznością. Jest jeszcze jedno: grając na takim samym sprzęcie i pracując z tymi samymi światłami, brzmieli i wyglądali po stokroć lepiej niż najlepszy z polskich zespołów. Jak oni to robią? Myślę, że występ NEW MODEL ARMY, w gruncie rzeczy rockowego średniaka, udowodnił nam nie tyle, jak blisko, ale jak daleko nam do Europy — przynajmniej w przygotowaniu i wykonywaniu przez wykonawców muzyki na koncertach.

Następnym występującym zespołem był HOUK. Powitany obraźliwymi wyzwiskami zespół stał praktycznie na spalonej pozycji. Wydawało się, że występ czwórki warszawiaków nie potrwa długo. Jednak Maleo wraz z kolegami swą ostrą, bardzo żywiołową muzyką potrafili porwać tłum. Nikomu nie przeszkadzało, że utwory śpiewane są po angielsku, że kompozycje są do siebie bardzo podobne. Przez dwie godziny występu HOUK stadion oszalał. Na koniec Maleo skoczył w tłum i na rękach widzów wniesiony został z powrotem na scenę. Naprawdę HOUK zapewnił nam wspaniałą rock'n'rollową zabawę. Jak najwięcej takich koncertów. Trzymać tak dalej, panowie.

Nieco już zmęczeni i wymięci prowadzący zapowiedzieli finał dnia — duży set grupy KULT. Pod sceną pojawiło się więcej twarzy młodych intelektualistów-licealistów rozczytujących się w tekstach Kazika. Przy gorącym aplauzie widowni zespół wykonał wszystkie chyba przeboje własne z rewelacyjną „Polską” na czele — oraz kilka przebojów cudzych. Usłyszeliśmy „Passengera” Iggy'ego Popa, „July Morning” Uriah Heep oraz „Dziewczynę o perłowych włosach”, sztandarowy przebój tzw. wiejskiego rocka z repertuaru niezapomnianej węgierskiej grupy Omega. Wszystko wykonane było bardzo poprawnie, acz — przynajmniej moim zdaniem — bez emocji. Nieco znudzeni swoimi dźwiękami muzycy odbębnili sztukę i poszli do kasy. Tłum jeszcze przez chwilę falował, a moi dwaj milusińscy powiedzieli wszystkim „Dobranoc” i udali się za kulisy.

Dzień drugi FMR Jarocin ’93 zakończył się.

Tomek Łada

   
Grzegorz K. Witkowski — Grunt to Bunt, Tom 1JarocinFestiwal.comGrzegorz K. Witkowski — Grunt to Bunt, Tom 2JarocinFestiwal.comGrzegorz K. Witkowski — Grunt to Bunt, Tom 3JarocinFestiwal.comGrzegorz K. Witkowski — Grunt to Bunt, Tom 4JarocinFestiwal.com