FESTIWAL MUZYKÓW ROCKOWYCHJAROCIN 93 | |||
POSŁUCHAJ, TO DO CIEBIEMOŻE COŚ ZAŚPIEWAMY? JAAAROCIN!Autor: Kazik Staszewski. „Tylko Rock”, 10 (26)/1993, s. 13. Piszę te słowa w godzin parę po powrocie ze stolicy polskiego rocka, jak ktoś chyba kiedyś euforycznie nazwał Jarocin. Tekst ten ukaże się jednak później, co smuci mnie nieco, bo mocno nabuzowany jestem tym, co się wydarzyło i chciałbym, aby moje słowa ujrzały światło dzienne jak najszybciej, ale cykl wydawniczo-produkcyjny jedynego pisma rockowego jaki jest, taki jest. W takich chwilach troszkę żałuję, że nie mam czasem możliwości napisania czegoś, mając tę pewność, że tekst ukaże się w ciągu paru najbliższych dni. Ale z drugiej strony daleka jest mi chęć zostania zawodowym felietonistą, a jedyna gazeta, do której pisuję i która uznaje formę i chimeryczność mojej pisaniny, ukazuje się tak, a nie inaczej. Czyli po prostu, jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Myślę, że wszyscy usłyszeli już o tym, co się stało. W drugim dniu festiwalu na małej scenie przemoc święciła swój wielki dzień. Kilkadziesiąt osób rannych, tyły i przody zniszczone. Ludzie, którzy zarówno dziesięć lat, pięć lat, rok temu czy teraz postrzegali Jarocin jako zjawisko niepotrzebne, groźne i kwalifikujące się jedynie do likwidacji, dostali do łap potężny argument na potwierdzenie swojej opinii. Nie chcę wnikać, kto rozpoczął całą tę histeryczną historię (albo historyczną histerię), ale coś zastanawiającego jest w tym, iż w sumie nieduży festiwal (bo największy jest jeno w skali naszego kraju) staje się sceną absolutnie niekontrolowanego wzrostu agresji w ciągu bardzo krótkiego czasu. Rokrocznie na świecie odbywa się szereg podobnych imprez, niejednokrotnie o co najmniej dziesięciokrotnie większym audytorium i nie dzieje się na nich nic, co by stanowiło jakiekolwiek zagrożenie dla czyjejkolwiek nietykalności. I jeszcze jedno — na takich imprezach sprzedaje się chociażby piwo bez ograniczeń i wszyscy są zadowoleni. W Jarocinie trzeba chować alkohol przed ludźmi, którzy przyjeżdżają. Jestem absolutnym przeciwnikiem jakichkolwiek prohibicji, ale realizm podsuwa mi sceny totalnej destrukcji w przypadku, gdyby piwo sprzedawano w odległości stu metrów od małej sceny. Nacja nasza niestety ma to do siebie, że alkohol wywołuje w większości agresję. Załogi nawalone w piętnaście minut stają się groźne dla każdego. I myślę, że to jest jeden z powodów, dla których nasze miasta po zmroku są takie ciemne i ponure. Strach zwycięża potrzebę zabawy i poznawania nowych ludzi. Z drugiej jednak strony zawodowe security nie dopuszcza nigdy do podobnych sytuacji. Ochrona koncertów jest potrzebna, ale nie po to, by toczyć walki z wybranymi harcownikami z publiki, ale po to, aby walki takie nie miały miejsca. Pracownik ochrony, który daje się sprowokować do bijatyki, jest bandziorem, nie ochroniarzem. To jest trudna praca, którą tylko najgłupsi postrzegają jako nieustanne napierdalanie każdego, kto wstał z krzesła. Kiedyś szef ochrony bodajże Iron Maiden powiedział: „Ja nie uderzam, moje całe zachowanie sprowadza się do tego, żeby nikt nie uderzył”. Poza tym przy organizowaniu tu i teraz tego typu spotkań należy pamiętać, gdzie i kiedy żyjemy. Pogłębiający się kryzys powiększa obszary frustracji, a ta łatwo przeradza się w agresję. Tym większa odpowiedzialność spoczywa na ochronie i organizatorach. Tymczasem jest to rzecz, o której najmniej się pamięta. Cały czas powtarzam, że swoje własne korzenie postrzegam w formacji kulturowej, jaką był punk. Bez tego zjawiska nie robiłbym z pewnością tego, co teraz; więcej — w ogóle bez niego muzyka nie byłaby taka, jak jest teraz. Swoista rewolucja w sferze kultury i mentalności nie miała sobie równych w historii rocka. Po kilkunastu latach ze zgrozą jednak spostrzegam, iż ludzie utożsamiający się z tym ruchem stali się jedną z najbardziej konserwatywnych grup społecznych. Punks stali się totalną konserwą, której obce jest pojęcie tolerancji i która swoich racji jest gotowa bronić przy użyciu pięści, a jak ostatni przykład pokazuje także i cegieł, i kijów. I w tych reakcjach, drodzy bracia, nie różnicie się absolutnie od skinheadów, których tak bardzo nie lubicie, czy tej całej niekompetentnej watahy w żółtych koszulach z napisem „Jarocin-Marlboro”. Ta cała historia ma jeszcze drugie dno. Ten festiwal, zanim się rozpoczął, w opinii wielu miał być skazany na niepowodzenie. Kubę Wojewódzkiego znam słabo, nie zawsze uważam, że mówi do rzeczy, ale nagonka na jego osobę i to, czego się podjął, rozpoczęta na wiele czasu przed rozpoczęciem festiwalu, napawa mnie obrzydzeniem. Brylowała w tym ekipa, która organizowała to przedsięwzięcie w przeszłości. Zarzucano sprzedaż i komercjalizację festiwalu, zapominając o swojej głównej roli w najbardziej żenującej historii w dziejach festiwalu, a mianowicie transmisji telewizyjnej dwa lata temu. Inny organizator sprzed paru lat również deprecjonował dzień dzisiejszy, stawiając za wzór występ za jego kadencji absolutnie topowej kapeli japońskiej. Zbierało się tego typu wystąpień wiele, ale absolutnym kuriozum było zorganizowanie histerii na pokładzie w związku z datą urodzin tegorocznego szefa festiwalu. Skumulowanie tych i paru jeszcze innych wydarzeń pomogło wraz z innymi opisanymi historiami zaistnieć wydarzeniom dnia drugiego. Duża część piszących z utęsknieniem czekała na coś ze sfery muzycznej i się doczekała. Niestety — w tym kraju najlepiej się umie przeszkadzać. Festiwal ten także pod względem organizacyjnym był ani lepszy, ani gorszy od poprzednich, czasem były obszary żenadki (jak zwykle), ale moim zdaniem częstokroć był to skutek niźli przyczyna. Mimo tych przykrych uwag mam nadzieję, iż nie był to ostatni festiwal, więcej, że był to początek nowego Jarocina. Przeżyła się na pewno jego formuła pasująca do czasów komuny. Na pewno czas zarzucić tzw. konkurs i koncentrację swoją przerzucić na scenę dużą. Wynika to po części także z mojego ogólnego zdania na temat konkursów. Muzyka do kurwy nędzy to nie sport, gdzie wskazuje się lepszego bądź gorszego. A poza tym proszę mi pokazać choć jedną rockową kapelę, która by zaczynała swą karierę od wygrania jakiegoś konkursu. U nas jest paru takich, bo w komunie była to najlogiczniejsza i łatwa droga, ale jak ktoś nie chciał, to też tego nie robił. Na dużej scenie naprawdę da się zrobić wielkie widowisko. Będą tam grać kapele najbardziej w danym roku słuchane przez ludzi i jestem zupełnie pewien, że brak konkursu nie zahamuje napływu nowych wykonawców. Teraz dużo łatwiej jednakowoż pokazać się publicznie czy nagrać materiał w studio niż kiedyś, gdy możliwe to było (i to też nie zawsze) po zaistnieniu w Jarocinie. Oczywiście musi być odpowiednio wcześniej wiadomo, kto występuje, by słuchacz wiedział, za co płaci. A co do wszędzie padającego zarzutu o wyprzedaż — to przecież dożyliśmy takich czasów, że świat, w którym żyjemy, jest rządzony przez pomysłowe koncerny i podległą im finansjerę i nikogo innego. Lepiej niech dają jednak środki na kulturę czy zdrowie, niż by mieli finansować mundury dla wojska czy walki zapaśników (choć to też robią). Albo partie polityczne. A już od twojego rozumu zależy, czy tylko weźmiesz od nich to, co ci potrzebne i odwrócisz się plecami, czy ulegniesz ich natrętnej reklamie i będziesz nabijał im kabzę, kupując ich produkty. Taki jest już porządek świata końca dwudziestego wieku i jak do znudzenia powtarzam, oby porządek ten trwał jak najkrócej, czego wszystkim i sobie życzę. | |||
Strona zrobiona przez W_MatNi+W_SiECi |