FESTIWAL MUZYKÓW ROCKOWYCH

JAROCIN 94

 

Poligon w Jarocinie

Od autorów stron J-F.com: Wiadomo, że dziennikarze często nie są rzetelni. Tak akurat jest w przypadku tego artykułu. Już na wstępie proponujemy zapoznać się z tym, co nam powiedział Adam Grzegorczyk:

  • nie skasowałem 450 mln złotych, skasowałem ok. 46 ówczesnych milionów złotych, a moje wynagrodzenie było 50-procentowym udziałem w zyskach;
  • festiwal nie skończył się mankiem, ostateczny wynik finansowy festiwalu nie jest mi znany, ale z faktu, że otrzymałem jakiekolwiek pieniądze wnioskuję, że wynik musiał być dodatni;
  • Ostatecznego wyniku finansowego nie znam, bo po festiwalu stwierdzono, że Jarociński Ośrodek Kultury nie dopełnił procedur księgowych wymaganych przy rozliczaniu środków publicznych, wiem, że w tej sprawie była prowadzona sprawa sądowa, nie znam szczegółów.
  • Firma Benta zgromadziła dla festiwalu największy w jego historii budżet sponsorski i w pełni ponosiła odpowiedzialność za swoje zobowiązania;
  • „Marlboro Music” (nie ma takiej firmy, jest Philip Morris) nie wycofała się z finansowania festiwalu, a wręcz przeciwnie, oferta tej firmy nie została przyjęta przez władze festiwalu ze względu na ideologię („Haj bez chemii”). W to miejsce weszły inne fundusze.
  • Sprzedano prawie 13.000 karnetów, policja twierdzi, że do miasta zjechało ok. 19.500 osób.

O Festiwalu Muzyki Rockowej krążą już legendy. Według niektórych trwa tam nieustanna walka na noże i pięści między fanami a policją. Krwawym jatkom przyglądają się z piwnic i strychów wystraszeni mieszkańcy. Ci, którzy nie byli nigdy w Jarocinie, mówią o zabitych i ciężko rannych — jak na wojnie. Ich wydumane historie mogą się jednak szybko zrealizować, bo od kilku lat festiwal, zamiast być imprezą muzyczną, przypomina bardziej POLIGON W JAROCINIE.

Mało dociekliwy obserwator mógł zauważyć, że w tym roku festiwale były dwa. Pierwszy na 3 scenach, drugi w gabinetach organizatorów. Nie wiadomo, który przyniósł większą zadymę. Zadyma organizatorów polegała głównie na tym, że było ich dwóch. Obaj z odmiennymi koncepcjami. Firma „Benta” z W-wy, która zajęła się sponsoringiem, promocją i produkcją, nie odpowiadała finansowo (!) za swoje pomysły. Konkretnie: za pomysły dyrektora Adama Grzegorczyka, który był tak przebiegły, że zakończył festiwal z mankiem. Za swoją robotę, co przyznał bez wahania, skasował 450 mln zł (Jarocin-Festiwal.com: wg naszych wiadomości i pamięci, bardzo dobra pensja np. adwokacka wynosiła wtedy około 20–25 mln zł miesięcznie).

Trudno określić dokładnie, ile można na „Jarocinie” stracić. To już zmartwienie Bogusława Harendarczyka, dyrektora Jarocińskiego Ośrodka Kultury (JOK), na który spłyną zobowiązania finansowe zaciągnięte przez „Bentę”.

Panowie na ostatniej konferencji prasowej kiwali głowami, że pracowało im się dobrze, ale zapytani o konkrety mówili co innego. Być może dlatego przed festiwalem wycofał się jeden ze sponsorów — „Marlboro Music” — z kwotą 360 mln zł. Mniej więcej tyle zabrakło do zbilansowania imprezy.

Druga zadyma była postawą niektórych z ogólnej liczby 500 policjantów. W Jarocinie i w promieniu 21 km obowiązywała prohibicja, ale wino i piwo można było dyskretnie kupić niemal wszędzie. Policja nie złapała ani jednego handlarza alkoholu, choć z niektórych melin wynoszony był prawie hurtowo.

Mirosław Bryła, rzecznik komendanta wojewódzkiego policji w Kaliszu, zdementował pogłoski, jakoby odradzał rodzicom wysyłanie do Jarocina dzieci. Ale zaraz dodał, że z powodu braków kadrowych, do zabezpieczenia festiwalu wysłano ambitnych, goniących za karierą chłopaków, z których większość pierwsze szlify zdobywała podczas pałowania kibiców piłkarskich. Muszą gdzieś potrenować.

Trudno bronić fanów, pamiętając rozróbę z 70 rannymi i prawdopodobnie 2 postrzelonymi. W opinii corocznych obserwatorów 80% widzów przyjechało się bawić, 15% to „napruci”, a reszta szukała zaczepki. Tylko doświadczeni, starsi, z „psychologicznym podejściem” policjanci potrafili rozwiązać konflikty bez wyciągania pałek. Jednego z nich ucałowała nawet za to atrakcyjna fanka. Dołączyli do nich chwaleni przez wszystkich bydgoscy ochroniarze — często dzielili się wodą z pogowcami.

Od kilku lat do Jarocina próbuje się wprowadzić tzw. wizję artystyczną festiwalu. W tym roku na szczęście nie udało się zaprosić zespołów: „Lady Pank”, „Budka Suflera” czy „Perfect”. Przy całym szacunku dla muzyków — festiwal zakończyłby się większą liczbą ofiar. Bo przyjeżdżający do Jarocina fani mają wszystkie wizje artystyczne dokładnie tam, gdzie ich samych mają organizatorzy. „Pieprzą komercję”, chcą swoich kapel: „Defektu Muzgó”, „WC”, „Farben Lehre”, „Smaru SW”, „Nauki o Gównie”. „Armii” się nie doczekali, bo z rozpędu pobili gitarzystę zespołu.

Luda zjechało 12 tys., 2 razy mniej niż w okresie świetności. Tradycyjnie zabrakło dżemu i butaprenu.

Były także kłopoty z denaturatem. W miasteczku festiwalowym rozbito 2650 namiotów z całej Polski. Byli też Szwedzi, Francuzi, Amerykanie, Czesi i Ukraińcy. Według Jerzego Maćkowiaka, kierownika bramy, ludzi przyjechało bardzo mało. Ale nie znikły kradzieże, choć nikt ich nie zgłaszał.

Jarocin jest chyba jedynym miastem w kraju, w którym nie zgarnia się „leżaków” z ławek i parków. Jest ich po prostu za dużo. Część za dnia przenosiła się na pole namiotowe, na którym jeden ze sponsorów organizował „nasiadówy” i konkursy.

W wyborach Miss Miasteczka Festiwalowego udział wzięło 4 kandydatów, w tym 3 chłopaków. Pokonała ich bez problemu Gośka z Warszawy. Wystarczyło zdjąć biustonosz.

Ci, którzy byli „przy kasie”, wędrowali do salonu tatuażu artystycznego. Ceny od 250 tys. w górę. Najdłuższe wykonanie tatuażu trwa ponad 15 godzin.

Wszystkich ściągnęła tu jednak muzyka. Bo dla nich festiwal to matka.

Często dosłownie. Socjolog Mirosław Pęczak uważa, że postawa tej młodzieży jest sejsmografem zachowań w większej skali. Nie jest tak, że młodzi z Jarocina są źli sami w sobie, zdegenerowani. Przyjeżdżają się wyładować, ponieważ to miejsce daje im pole do ekspresji. Zawsze tak było i dlatego nie mogą znieść, że teraz ktoś chce ich wstawić między barierki i robić na tym biznes.

Bunt jest coraz większy. Przed koncertem finałowym bramkarze wyłapali prawie sto noży, szpikulców i nożyczek. Nawet rurę z ostrym grotem i siekierę.

Czy w przyszłym roku festiwal odbędzie się? Burmistrz Paweł Jachowski twierdzi, że jest tylko wykonawcą woli mieszkańców. Przed tegoroczną rozróbą 80% z nich było za organizacją imprezy. Po zamieszkach jeden z jarocinian powiedział, że sceny najlepiej zaorać, posadzić na nich kwiatki i nie wpuszczać do miasta nikogo z niewymiarowymi włosami.

Inni jednak chcą festiwalu. Pani ze sklepu przy amfiteatrze twierdzi, że z festiwalu ludzie tu żyją. Przez cały rok. W jednym dniu sprzedała tyle samo chleba, co w lipcu. Bochenek po 9 tys. zł.