FESTIWAL MUZYKÓW ROCKOWYCH

JAROCIN 86

 

CENTRALNE DOŻYNKI
Jarocin'86

Autor: Paweł Sito, Magazyn Muzyczny 9(331)/1986

***

Redakcja nie lubi tekstów "osobistych". Taki wstęp, jak "umówiłem się z artysta o 17.00" z reguły odpada. A ja nie mogę, nie mogę tego napisać inaczej. Teraz, kilka dni po zakończeniu festiwalu, kiedy tyle myśli przewraca mi się po głowie, siedzę i zastanawiam się, ilu narobię sobie wrogów... Potem myślę: nie, może nie będą tak zaślepieni, może zrozumieją, że nie ma w tym odrobiny złośliwości, lecz wyłącznie troska o to, do czego jestem tak przywiązany. Grzesiek Brzozowicz przepowiadał mi wczoraj: I tak wszystkiego nie napiszesz, możemy się założyć.
Czym dla mnie jest, a właściwie był do tego roku Jarocin? - enklawa, rezerwatem, miejscem zupełnie nierealnym. Kiedy przyjechałem na festiwal po raz pierwszy (4 lata temu), czułem się jak w innym świecie; w zeszłym roku, kiedy przyjechało tu po raz pierwszy radio, nie chcieliśmy wracać do Warszawy i jej rzeczywistości - a w tym roku tradycyjny znaczek Jarocina, czerwono-czarne kółko, ale z odwróconymi kolorami wyjaśnia sytuację: to nie był w tym roku festiwal, z którym wszyscy uczestnicy będą wiązać przyjemne wspomnienia. To był festiwal przykrych incydentów.
Od wielu miesięcy myślałem o tegorocznych koncertach; śmieszne - odliczałem dni, jak dziecko do wakacji, przejrzałem sobie artykuły z ostatnich lat - wszystkie pochodzące z "MM" doprowadzały mnie do złości, dlaczego tyle w nich niechęci, nietolerancji i niezrozumienia? - Redaktorze, mój będzie inny - wołałem - napiszę sama prawdę, nareszcie będzie w "Jazzie" pozytywnie o FMR.

*

D. Dusza (Absurd) Jarocin 86 - fot Makowski/MM
Dariusz Dusza (Absurd) Jarocin 86 - fot. Makowski/MM.

Pesymistyczna atmosfera, jaka panowała latoś w tym mieście udzielała się szybko po przyjeździe. Przez cały poniedziałek i wtorek walczyłem ze sobą, w dniu "metalowym" zwątpiłem. - To się nie może udać - jakby powiedział bohater Mruk. Oni nie pozwolili na to, oni chcą tego, karzą za to, chcą nas tym, nie dali tamtego. Cały czas. Kim są jarocińscy "oni" - przecież nie jest to kilku klientów odpowiedzialnych za wszystko od początku do końca. Tak byłoby nawet łatwiej, chodziliby w koszulkach "my", a wszyscy przechodzący obok wytykaliby ich palcami i szeptali do siebie - to oni! Paranoja. Żeby jednak była jasność, oddzielmy odpowiedzialność za różne rzeczy - władze miasta, tajemnicza komisję artystyczna, cenzurę, milicję, organizatorów koncertów, działaczy na polu namiotowym, służbę porządkową, akustyków. To byli ci, na których leżał ciężar zorganizowania festiwalu, to oni odpowiadali za to, żeby było, jak było. Czy tylko oni? Nie sądzę.

*

Droga Rozgłośnio! Błagam was, puszczajcie utwory z Jarocina, gdyż byłem tyko na małej scenie. Na dużą przeciętny śmiertelnik nie miał możliwości dostać się - 1500 złotych... Taki list doszedł do Rozgłośni Harcerskiej po festiwalu - przesada? Dodajmy do tego 490 złotych, których żądano za rozłożenie się na kawałku rzyska szumnie nazywanym "polem namiotowym" (wymiotowym - żartowali jego mieszkańcy). Nie postarali się koledzy z miejscowego ZSMP. Kto mógł, ten załatwił sobie kawałek ogródka u niezwykle miłych,tolerancyjnych i gościnnych mieszkańców, dla kogo nie starczyło już tam miejsca, musiał skorzystać z oferty miasta. O stanie sanitarnym pola, o paru deskach i kraniku pismo muzyczne pisać nie będzie, niech zajmie się tym "Jestem" lub "Służba Zdrowia". Jeśli ktoś jednak zdecydowal się słuchać muzyki na stadionie i - nie daj Bóg - miał do tego nagłą potrzebę fizjologiczną, nie może być nazwany szczęśliwcem. Na całym stadionie czynny był 1 (słownie jeden) kibel (koedukacyjny rzecz jasna). Przez cały czas stała do niego kilkunasto-, czasami kilkudziesięcioosobowa kolejka, a za niewątpliwą przyjemność każdy płacił 5 złotych. Nie jestem z tych, którzy mnożą cenę jednego karnetu przez kilkanaście tysięcy uczestników i pytają się na co poszły te pieniądze. Nie żądam, by z pieniędzy tych budować szalety, ale wpływające co minutę 10-15 złotych przez 10 godzin dziennie, przez cały tydzień naprawdę daje sumę, za która można by postawić lokal konkurencyjny. To nie są pretensje do Waltera Chełstowskiego, odnoszą się one do innych z "nich" - do zarządzających obiektem. Ludzie! - wy organizujecie te imprezę po raz 17, czy naprawdę bez żadnych doświadczeń?

*

Festiwal rejestrowała ekipa BBC. Czasami czułem się po prostu zażenowany dyletanctwem, poziomem, zachowaniem się tych, po których spodziewać można się było czego innego. Cieszę się, że nie byli w którymś z miejsc, gdzie spali muzycy (dwucentymetrowe materace bez koca - po co ta szopka, czy nie można było ogłosić, że wykonawcy mieszkają na własną rękę?), że nie przeprowadzili fachowej rozmowy z akustykiem, że mieli pozwolenia na załatwianie się w hotelu obok festiwalu. Dziękuję za to organizatorom. Porównanie organizacji Festiwalu Muzyków Rockowych z jakimkolwiek innym organizowanym za granica nie ma sensu. Nawet te, które robione są bez żadnego doświadczenia, okazjonalnie, nie będą się nigdy równały naszemu "jarocinkowi".
Żeby kompletnie się nie dołować przyznać muszę, że rewelacyjnie było w tym roku pod względem zaopatrzenia, dużo było świeżego pieczywa, dużo przetworów mlecznych, parówek, zimnych napojów itp. Co by jednak było, gdyby przyjechało nie trzynaście, lecz dwadzieścia kilka tysięcy osób, jak przewidywali organizatorzy?!

*

Troche socjologii - "gitowcy" i reszta. Dziwił wszystkich co roku brak przemocy w Jarocinie, jak na tak dużą zbiorowość, najróżniejszej młodzieży, zdarzało się bardzo mało - czasami jakaś kradzież, czasami gwałt, który okazywal się nim dopiero po zerwaniu znajomości z gwałcącym, ale miejscowa milicja nie miała na ogół szczególnych kłopotów z uczestnikami. To co dzialo się w tym roku, to było istne piekło. Jeśli ktoś wyglądał już trochę inaczej niż szara masa, szara rasa, mógł się spodziewać zaczepki ze strony git-ludzi, których nie wiadomo po co przyjechało w tym roku bardzo dużo z najróżniejszych województw. Nie ma się co oszukiwać, panowie ci w ogóle nie byli zainteresowani muzyką ze stadionu - oni mieli zupełnie inne rozrywki. Główna było prowokowanie zadymy w mieście, chcieli, by punkowcy pierwsi ruszyli na nich, na szczęście nie udał się ten prowokujący pomysł. Przywódcy gitowców zapytywani przez dziennikarzy o ich ideologię, o powód takiego zachowania, wypierali się wszystkiego w żywe oczy, twierdząc, że są spokojni jak baranki i że to ich się prowokuje, ale na szczęście oni mają nerwy na wodzy i nie trzeba się niczego obawiać. Na konkretne przykłady pobicia, wyrywania kolczyków z uszu (czasami w sposób wyjątkowo drastyczny) ci sami przywódcy twierdzili, że ci którzy to zrobili nie byli git-ludzmi, lecz przebierańcami. Nie trzeba się dziwić, że na koncercie Lecha Janerki publiczność wymusiła zaśpiewanie przez niego hymnu anty-przemocy, piosenki Lola chce zmieniać świat.

*

Zasady doboru zespołów do konkursu nie są za bardzo znane, nie wiadomo, kto przesłuchuje taśmy, czy jest to sam Walter Chełstowski, czy jakaś komisja, ale pretensje, które wysuwają niektórzy przy tej okazji nie mają, moim zdaniem, racji bytu. Czy ktoś może powiedzieć, że rzeczywiście zna najsprawiedliwsze kryterium doboru? Na pewno tymi najmądrzejszymi będą muzycy z grup, które się nie dostały. O tym, że gra jest fair świadczą dodatkowe przesłuchania przed festiwalem - i grup, które przeszły z kaset, i tych, którzy próbować chcą jeszcze raz, albo kaset nie wysyłali. Na ogół ustrzeżono się ewidentnych pomyłek. Na dużej scenie grali rzeczywiście stosunkowo dobrzy artyści, wyjątkiem może być totalne nieporozumienie pt. Prafdata, a także wielką liczbę bardzo marnych zespołów heavy-metalowych.

*

"Polskie wmiejscustanie" - tak można określić pierwszy dzień festiwalu na obydwu scenach. Punk rock '86 w rodzimym wydaniu to prawdziwa muzyka dinozaurów - odnoszę wrażenie, że im dłużej jest grana, tym mniej się różni od pierwowzorów sprzed 10 lat! Kapel na małej scenie było bardzo dużo, a żadna nie utkwiła mi na dłużej w pamięci. Nie powiem, grają całkiem poprawnie, tylko że od momentu zdobycia popularności przez zespoły Mkwa i Abaddon nie ma w tym nic nowego. Jedynie grupa Karcer szuka oryginalniejszych rozwiązań, lecz niestety moja sympatią do kapeli zakończyła się w momencie wyłudzania od publiczności karnetów konkursowych.
Reggae - kocia muzyka głosił jeden z hitów festiwalu. Można się pod tym podpisać poza jednym wyjątkiem - grupa RAP z Gliwic. Angielski rodem z Jamajki, świetne własne kompozycje (byłem pewien, że standardy), w świetnym wykonaniu. Wstydź się publiczności, że grupa nie znalazła się w złotej dziesiątce. Blues pierwszego dnia wypadł raczej kiepsko. Gość festiwalu, Joy Band, po którym spodziewano się tyle dobrego, po raz kolejny udowodnił, że przeszkadza bardzo dobrej wokalistce. Nigdy bym nie pomyślał, że tego dnia, w którym gra kilkanaście zespołów prezentujacych trzy rodzaje muzyki, najbardziej spodoba mi się grupa Daab, a jednak - z wszystkich gości występujących w Jarocinie oni właśnie, Dżem, Voo Voo i Kult zagrali, według mnie, najlepiej.

*

Najwięcej emocji, nerwów i zdenerwowania, poza incydentami w Rynku, wzbudził koncert środowy - heavy-metalowy. Jestem za demokracją. Nie wyobrażam sobie zakazywania działalności przedstawicielom jakiegoś rodzaju sztuki, ale tu poważnie bym się wahał, czy trzymać się zasad. W czasie koncertu, który prawie w całości był swego rodzaju mszą na cześć szatana, bez żadnej żenady odstawiano na scenie takie numery, jak odcinanie skrzydeł aniołom, czy łamanie i rozbijanie krzyży. Teksty przy tej okazji wyśpiewywane, wołały również o pomstę do... piekła. Biedni ludzie. Działo się to wszystko przy tak beznadziejnie wykonywanej muzyce, że czułem się, jak na prowincjonalnej amatorskiej imprezie, a nie na festiwalu muzyków rockowych. Pytam się zatem: czemu to miało służyć, gdzie była komisja artystyczna, gdzie ktokolwiek z dobrym smakiem i dobrym uchem. Są gatunki muzyczne, w których możemy konkurować z zagranicą, są takie, w których jesteśmy prawie równi, ale polski heavy metal w stosunku do pierwowzorów, to przeterminowany wyrób czekoladopodobny w porównaniu ze świeżą czekoladą Toblerone.
Jeśli ktoś wpadłby na pomysł zamknięcia interesu pt. "Polski Rock", to powód mógłby znaleźć w drugim dniu tegorocznego FRM - obrażanie poważnej części społeczeństwa: krzyż w naszym kraju to przecież nie tylko symbol religii. Proszę jednak nie myśleć, że to, co na scenie, to również na widowni. Zarozumiała grupa Kat, twierdząca, że jest najlepsza w Polsce, została przez publiczność olana, wszyscy czekali na grupę TSA. Po koncercie zadzwonił ni Radia Nieprzemakalnych telefon, słuchacz stwierdził, że mimo iż jest fanem metalu, mimo że był na koncercie, to wcale nie identyfikuje się z całą tą błazenadą. Gdyby przyjechał Azyl P. i zagrał "Alleluja", wszyscy by zaśpiewali z nimi - powiedział.
Przerostem formy nad treścią okazał się koncert supergrupy Harley Davidson. Andrzej Nowak naprawdę nie jest tak dobrym wokalistą, jak gitarzysta, natomiast ja wykazuję się w tym momencie szczególnym poczuciem taktu. Teksty brzmieniowo przypominają język angielski, ale to tylko złudzenie. Są też (a jakże!) po polsku. Jednemu z nich, Ta dziewczyna, jak maszyna, wróżę karierę w telewizyjnej liście przebojów. Ten sam Nowak, grający na koniec koncertu wspólnie z TSA, pokazał, jak brzmi solidna ciężka muzyka.

*

Najwięcej emocji, nerwów i zdenerwowania, poza incydentami w Rynku, wzbudził koncert środowy - heavy-metalowy. Jestem za demokracją. Nie wyobrażam sobie zakazywania działalności przedstawicielom jakiegoś rodzaju sztuki, ale tu poważnie bym się wahał, czy trzymać się zasad. W czasie koncertu, który prawie w całości był swego rodzaju mszą na cześć szatana, bez żadnej żenady odstawiano na scenie takie numery, jak odcinanie skrzydeł aniołom, czy łamanie i rozbijanie krzyży. Teksty przy tej okazji wyśpiewywane, wołały również o pomstę do... piekła. Biedni ludzie. Działo się to wszystko przy tak beznadziejnie wykonywanej muzyce, że czułem się, jak na prowincjonalnej amatorskiej imprezie, a nie na festiwalu muzyków rockowych. Pytam się zatem: czemu to miało służyć, gdzie była komisja artystyczna, gdzie ktokolwiek z dobrym smakiem i dobrym uchem. Są gatunki muzyczne, w których możemy konkurować z zagranicą, są takie, w których jesteśmy prawie równi, ale polski heavy metal w stosunku do pierwowzorów, to przeterminowany wyrób czekoladopodobny w porównaniu ze świeżą czekoladą Toblerone.

A. Nowak (Harley Davidson Jarocin86 - fot Makowski/MM
Andrzej Nowak (Harley Davidson) Jarocin 86 - fot. M. Makowski/MM.

Jeśli ktoś wpadłby na pomysł zamknięcia interesu pt. "Polski Rock", to powód mógłby znaleźć w drugim dniu tegorocznego FMR - obrażanie poważnej części społeczeństwa: krzyż w naszym kraju to przecież nie tylko symbol religii. Proszę jednak nie myśleć, że to, co na scenie, to również na widowni. Zarozumiała grupa Kat, twierdząca, że jest najlepsza w Polsce, została przez publiczność olana, wszyscy czekali na grupę TSA. Po koncercie zadzwonił do Radia Nieprzemakalnych telefon, słuchacz stwierdził, że mimo iż jest fanem metalu, mimo że był na koncercie, to wcale nie identyfikuje się z całą tą błazenadą. Gdyby przyjechał Azyl P. i zagrał "Alleluja", wszyscy by zaśpiewali z nimi - powiedział.
Przerostem formy nad treścią okazał się koncert supergrupy Harley Davidson. Andrzej Nowak naprawdę nie jest tak dobrym wokalistą, jak gitarzysta, natomiast ja wykazuję się w tym momencie szczególnym poczuciem taktu. Teksty brzmieniowo przypominają język angielski, ale to tylko złudzenie. Są też (a jakże!) po polsku. Jednemu z nich, Ta dziewczyna, jak maszyna, wróżę karierę w telewizyjnej liście przebojów. Ten sam Nowak, grający na koniec koncertu wspólnie z TSA, pokazał, jak brzmi solidna ciężka muzyka.

*

Dni trzeci i czwarty miały przynieść zmianę nastroju. Niestety, większość prowadzonych w Jarocinie rozmów dotyczyła tego, co się stało, dlaczego nie jest tak jak kiedyś, jak można powtórzyć festiwal z roku 1984. Nastrojowi smutku i rozczarowania pomagała muzyka - smutna i rozczarowująca. Nowa Muzyka. Hasło, moim zdaniem, nie najmądrzejsze, gdyż od 2-3 lat nie zmienia się list zespołów, na której opierają się pomysły do "rżnięcia" - U2, The Cure, Joy Division, Cocteau. Grup było bardzo dużo i ktoś, kto niezbyt często bywa na koncertach, mógłby pomyśleć, że tak się gra teraz w całym kraju - nic bardziej mylącego, tak się gra, żeby spodobać się ludziom decydującym kto wystąpi w Jarocinie. Przykładem może być bardzo stanowcza krytyka poczynań Gdańskiej Sceny Alternatywnej, dokonana na konferencji prasowej przez Waltera Chełstowskiego. Tak, proszę państwa, w Gdańsku się nie dołuje, tylko gra fajną muzykę, a że nie jest ona w stylu Jarocina - to nie znalazła się w dziesiątce nagrodzonych. A szkoda, bo naprawdę świetny był występ grupy Po prostu, bardzo też zmieniała się Apteka i Pancerne Rowery. Są to grupy jeszcze nie najlepsze warsztatowo (ach, pomogloby studio), ale zdające sobie sprawę z tego, że żyjemy w latach osiemdziesiatych. Głównym grzechem "jarocińskich" zespołów nowofalowych jest śmiertelna powaga, brak dystansu do własnej twórczości i przerażająca monotonia wykonywanego repertuaru. To niesamowite, jak samemu można dożynać własną muzykę. Bardzo podobała mi się grupa 1000000 Bulgarains, ale co z tego, skoro to co zaprezentowała świadczy, że trudno będzie im wyjść z tego dołowatego kanału. Obym się mylił.
Innymi zespołami, którym przy dużej pracy wróżę pomyślna przyszłość były Kineo RA i Ziyo. Z nielicznych nieszablonowych grup występujących w dwóch ostatnich dniach konkursu najlepiej przyjęto Kobranockę (kierunek Toruń) i Sztywny Pal Azji. Cały Jarocin mówił o tym, że pierwsza z tych grup miała prawie stupunktową przewagę nad następnymi, mimo to organizatorzy utrzymali w tajemnicy kolejność w dziesiątce laureatów. Kobranockę słyszałem już na kilku koncertach i uważam, że jest to najlepsza w Polsce grupa rock'n'rollowa, a właściwie punk'n'rollowa. Sztywny Pal to dla mnie największe objawienie tej imprezy, wydawać by się mogło, że grupa nadaje się bardziej na festiwal studencki do Krakowa, a jednak to, że zaśpiewali w Jarocinie było z ich strony odwagą i sukcesem jednocześnie. Piosenka Nie wolno wznosić się za wysoko stała się niejako mottem festiwalu.

*

Pisanie czegokolwiek o akustykach, szczególnie o nagłaśniających scenę (niektórzy muzycy) jest marnowaniem czasu na osoby tego niewarte. Sprzęt nagłaśniający był całkiem niezły. Moglo być dobrze...
Wyników plebiscytu, w którym udział wzięła niecała połowa uczestników, niektórzy pod prośbą lub groźbą zespołów, również nie warto komentowac. Podział nagród (Fort BS, Sztywny Pal Azji, RAP) też dziwny, zwycięskiej Kobranocce nie dano nic, nie zaproponowano nagrania. Zaproszono natomiast do studia zespół DNA (uwaga członkowie grupy Bolter, rośnie konkurencja).
Akredytowano w tym roku bardzo wielu dziennikarzy, nie sądzę jednak, by ton artykułów był podobny do corocznego, żurnaliści tym razem poważnie spojrzeli na uczestników imprezy, niektórzy jakby zrozumieli tę muzykę, szkoda, że nie mieli jej w tak dobrym wydaniu, jak w 1984 r.
Prowadząc lokalny program Rozgłośni Harcerskiej dla Jarocina narozmawiałem się z muzykami, mieszkańcami, uczestnikami festiwalu. Głównym tematem rozmów był problem być albo nie być FMR w Jarocinie. Moim zdaniem absolutnie być, ale z generalnymi zmianami, bo inaczej nawet te 13 tys. osób może stracić zaufanie. Festiwal tegoroczny miał podtytuł "Próba sił". Nie jest to tylko moja opinia: " W tym roku przegraliśmy."
PAWEŁ SITO
PS. Kim byli jarocińscy "gitowcy"? - spytaj Dezertera.

   

Strona zrobiona przez W_MatNi+W_SiECi