JAROCIN

Zeznania Jaco

SPECJALNIE DLA JAROCIN-FESTIWAL

***

 

Czy POP SESSION były w drugiej połowie lat 70 jedyną stricte rockową imprezą w Polsce?

W tym czasie to był jedyny międzynarodowy festiwal tego typu. Nie był to festiwal rockowy w dzisiejszym rozumieniu. Był to raczej festiwal nowego typu, w którym, w przeciwieństwie do Opola, Sopotu czy np. San Remo, występowały również kapele rockowe. Zresztą po przeglądnięciu skserowanych folderów, które Ci wysłałem, będziesz wiedział o co chodzi W tym czasie kapele rockowe pojawiały się również sporadycznie na Międzynarodowej Wiośnie Estradowej w Poznaniu, która usiłowała być socjalistycznym odpowiednikiem targów Midem w Cannes. Z tego co pamiętam odbywały się lokalne, bardzo lokalne przeglądy rockowe w różnych domach kultury, ale trudno je nazwać festiwalami. Tak naprawdę, pierwszym festiwalem rockowym, w dzisiejszym rozumieniu tego słowa, był Muzyczny Camping w Lubaniu k. Wrocławia zorganizowany w roku 79 przez Wojtka Siwka i Maćka Partykę z wrocławskiego PSJ-u. W tym czasie Piotrek Niewiarowski (później menago Lombard'u) organizował Folk Blues Meeting w Poznaniu, ale to była impreza "wyspecjalizowana" stylistycznie.

Ustalmy jaką rolę odegrały POP SESSION w powstaniu hasła Muzyka Młodej Generacji, do którego wymyślenia przyznają się Sylwin i Chełstowski (ludzie, jakby nie mówić z "Centrali")

Częściowa odpowiedź na to pytanie wynika z mojego pierwszego zeznania. Bez wątpienia hasło wymyślili pp. Sylwin i Chełstowski. Oni usiłowali w to ubrać sp. Janusza Kruka (muzyka do hymnu MMG) oraz Marka Dutkiewicza (tekst do hymnu MMG), Zofię Rudnicką (choreografia, sic!), którzy z rockiem nie mieli nic wspólnego. Ludzie ci byli za to dobrze umocowani w "centrali". Oficjalnie chodziło o to, że takie koneksje miały ułatwić ruchowi uchylenie drzwi do Centrali, ale jak życie pokazało chodziło o coś zupełnie innego.

[update:Tue Mar 21 19:12:04 2000]

...To ciekawe, MMG miała swój własny hymn? Co to za pomysł?

Sprawa hymnu nigdy nie była dyskutowana, jakoś zaistniała w historii MMG (Tekst tego hymnu wpisany jest w ten koszmarny rysunek (grafikę) Artura Turańskiego otwierający prezentację wykonawców I MMG w folderze - Pop Session '78).
Jacek Sylwin i Walter Chełstowski uważali, że powinien to być song odśpiewywany w finale przez wszystkich uczestników koncertów. Podczas pierwszej edycji MMG rozdawano publiczności kartki z tekstem tego songu. Generalnie chodziło o to by na scenie stał kilkudziesięcioosobowy chór muzyków, któremu wtórowałby kilkusetosobowy chór publiczności. Reżyser i kierownik muzyczny uważali, że to będzie taki akt jedności i manifestacja buntu. Przypuszczam, że chodziło im o patent wykorzystany w filmie "Kabaret" przy pieśni: "Tommorow belongs to me". Nie jestem pewien czy w II edycji MMG song nadal był śpiewany.

[/update:Tue Mar 21 19:12:23 2000]

Powróćmy do poprzedniego pytania...

Wracając do pytania. Pop Session istniało bez Młodej Generacji, która pewnie bez tego festiwalu by nie ruszyła. Tak gwoli ścisłości to w '77 w klubie "Na Fortach" w Gdańsku przez całe lato organizowałem tygodniowe sety grup, które w następnym roku zostały gwiazdami MMG. Cybulski i Wojtek Korzeniewski - który pracował u niego jako szef promocji - kilkakrotnie wpadali by posłuchać tych "wynalazków". Po "mizerii" artystycznej Pop Session '77 Cybulski zorganizował u siebie w gabinecie spotkanie, na którym z Wojtkiem zaproponowaliśmy dopuszczenie sprawdzonych u mnie grup do supportowania gwiazd w "Pop Session". Muszę tu dodać, że z Wojtkiem graliśmy wcześniej w koszykówkę, więc rozumieliśmy się niemal bez słów. Na tym spotkaniu był, jak już wspomniałem Jacek Sylwin i Jacek Olechowski (późniejszy menago Brygady Kryzys i współorganizator imprez z cyklu "Rock Block" w Warszawie). O Walterze Chełstowskim nikt wtedy jeszcze nie słyszał. Obu Panom oddać należy, że przez swoje koneksje w "stolicy" wiele rzeczy popchnęli, co bez wątpienia przyspieszyło wybuch MMG. Nie chciałbym by to źle zabrzmiało, ale moim zdaniem za powstanie ruchu MMG odpowiada cała nasza czwórka - Jacek, Walter, Wojtek i ja. Byliśmy wtedy zespołem, który wzajemnie się nakręcał i uzupełniał. My z Wojtkiem mieliśmy doświadczenia organizacyjne, promocyjne oraz poparcie Cybulskiego i Wituckiej. Sylwin i Chełstowski mieli kontakty w, jak to celnie nazywasz, "centrali", a co za tym idzie ponadregionalną siłę przebicia.

Wspomniałeś, że Jarocin 80 robiły 4 osoby: Jacek Sylwin, Wojtek Korzeniowski, Wiesiek Śliwiński... Jak przebiegały przygotowania? Jaki był podział obowiązków?

Twoje pytanie jest nieprecyzyjne, ponieważ zarówno przy Pop Session jak i przy Jarocinie pracowało zdecydowanie więcej osób, co przy takim "molochu" jest zrozumiale. Określenie, że robiliśmy to w czwórkę czy piątkę jest skrótem myślowym i traktowanie go w inny sposób byłoby niesprawiedliwe wobec kilkunastu czy kilkudziesięciu osób, które przy tych festiwalach też pracowały.

Czwórkę czy piątkę, która wymieniłem najlepiej chyba nazwać sztabem MMG. Wojtek, Jacek, Walter, Wiesiek i ja byliśmy zespołem, który to wszystko wymyślał, opracowywał, forsował u decydentów i realizował. Nie było jakiegoś ścisłego podziału, kto co robi, a tytuły w folderach dobierane były wedle w on czas obowiązujących przepisów. Problem polegał na tym, że aby wykonywać jakąkolwiek funkcję czy pracę trzeba było mieć papiery.

Muzycy, nawet ci najbardziej znani i popularni, nie mogli dostać pieniędzy za granie jeżeli nie mieli weryfikacji.

Szefem muzycznym mógł być tylko gość z dyplomem Wyższej Szkoły Muzycznej itp. to były uroki tamtego ustroju. Sylwin miał dyplom lub weryfikację muzyczną, więc był szefem Rady Artystycznej. Walter miał zaświadczenie z telewizji, więc był reżyserem. Ja miałem legitymację prasową, więc byłem rzecznikiem. Wracając do podziału funkcji i zadań. Myśmy się świetnie uzupełniali. Wojtek był mistrzem logistyki na poziomie dyrektorów, prezesów, naczelników - papier na foldery i afisze, drukarnie, zezwolenia. Wiesiek był niezastąpiony w dogadywaniu się z ludźmi na poziomie wykonawczym, egzekwowaniu terminów itp. Ja miałem niezłego czuja plastycznego i promocyjnego a poza tym interesowałem się i dużo wiedziałem jak te rzeczy robi się na Zachodzie, więc się tym zajmowałem. Miałem też pewne praktyczne doświadczenie muzyczne i estradowe.

To dzisiaj brzmi dosyć dziwacznie, ale wtedy wszystko trzeba było załatwiać bo obowiązywała gospodarka planowa czyli oficjalnie nic nie można było zrobić bez np. przydziału papieru na afisz, bez wpisania jego druku do rocznego planu drukarni itp. Promocję i informację prasową, radiową i tym bardziej telewizyjną też załatwiało się w oparciu o układy towarzyskie. Podobnie rzecz wyglądała z aparaturą, światłem, zakwaterowaniem i setkami innych rzeczy. Każdy załatwiał to co mógł, tam gdzie miał wejścia. Walter i Jacek nic nie mogli załatwić na Wybrzeżu, więc myśmy to robili, bo mieliśmy swoje wejścia. My niewiele mogliśmy wskórać w "Stolicy" więc oni tam biegali. Gdy festiwal przeniósł się do Jarocina do bezpośrednich prac organizacyjnych włączeni zostali ludzie z wojewódzkiego Poznania, którzy mieli tam swoje wejścia - Heniek Frackowiak i Wojtek Bednarski. O maksymalnym wykorzystywaniu lokalnych możliwości (wejść) świadczyć może fakt, to że mimo iż festiwal wyniósł się do Jarocina reklama i promocja przez wiele lat robiona była przez sopocką ekipę.

Skład pierwszego MMG w Sopocie dobrany został na podstawie naszych indywidualnych rekomendacji, bo wtedy nie było jeszcze naboru z kaset. Jacek kręcił się przy PSJ-cie i stamtąd znał Drive. Ja jeździłem po kraju z grupą Baszta, znałem więc Krzak, Irjan i Exodus. Walter słyszał gdzieś Heam, a Kombi było z Wybrzeża. Później kaset słuchaliśmy razem w Sopocie, a przed I Jarocinem, w pokoju Hotelu Polonez w Poznaniu.

[update Mon Nov 09 22:20:53 2002]

Przypominam sobie, że z jakiegoś powodu zjechaliśmy się do Poznania - pewnie Wiosną Estradowa - i w nowym Hotelu Polonez przesłuchaliśmy kilkanaście, może kilkadziesiąt kaset, które przywiózl ze sobą Sylwin. Był chyba Walter, Sylwin, ja chyba Wodniczak, może Korzeniewski... Przesłuchanie trwało że dwie godziny, bo było już bardzo późno. Przypomniałem to sobie "po" Nocnych Szczurach, którzy zostali zakwalifikowani.
Kontr-kandydatem była grupą Roxie lub Roxa z Gdańska. Obie kapele budziły pewne wątpliwości u części komisji... Były dwie kapele i jedno miejsce do obsadzenia. Zdecydowaly względy "marketingowe". Zespolów z Trójmiasta było już kilka, a Nocne Szczury były Władysławowa. Doszliśmy do wniosku, że będzie to propagandowo lepiej wyglądało: na tym jedynym festiwalu może zagrac kapela nawet z malego miasteczka! Napewno kilka kapel "przyniesionych zostało na karteczce" - Art Rock, Kryzys (który jednak nie zagrał - przyp. J-F.com), chyba Paradoks ...

[/update Mon Nov 09 22:20:53 2002]

O składzie II Jarocina zdecydowali już samodzielnie: Jacek z Walterem. Potem robił to już tylko Walter.

I jeszcze jedno, o czym zapomniałem a co jest ważne. Na kilka lat przed Jarocinem i Pop Session w Sopocie w lecie funkcjonował tzw. Non Stop. To było połączenie kręgu tanecznego na wolnym powietrzu z koncertami rockowymi. W czasach gdy jedyną oficjalnie funkcjonującą kapelą rockową w PRL'u był Breakout grały tam czeskie kapele, bo były o wiele bardziej europejskie niż cała nasza big-beatowa czołówka - Blue Effect, Framus Five, ....... nie pamiętam tej trzeciej ważnej (śpiewała w niej prawdziwa Angielka, nazywała się Donegan). W Non Stop'ie grywali też przypadkowi Szwedzi, Niemcy, no i nasi progresywni - Breakout, Niemen, Skaldowie, Nurt, Romuald & Roman, Test, Dzamble itd.

Czym impreza w Jarocinie miała się różnić od koncertów w Teatrze Letnim?

Z koncertów w Teatrze Letnim Walter z Jackiem chcieli zrobić widowiska, coś na kształt rock-musicali z hymnem śpiewanym przez wszystkich na końcu. Ja z Wojtkiem i Wieskiem optowałem za formułą koncertów jakie widzieliśmy np. na filmie z Woodstock. Znowu to zabrzmi niewiarygodnie, ale wtedy koncerty obowiązkowo były strasznie celebrowane i napuszone. Kapele się przebierały w fikusne kostiumy, byli elegancy konferansjerzy, często pojawiali się parodyści lub iluzjoniści. Koniecznie musiała być scenografia i balecik lub zespół tańca nowoczesnego. Festiwale były jeszcze bardziej "napompowane". W żaden zsposob nie pasowało to do rocka, więc usiłowaliśmy stopniowo wypracowywać inną formułę. Pierwsze wydanie MMG w Teatrze Letnim było dość zwartym spektaklem muzycznym, ale bez przebieranek, ze wspomnianym już hymnem na końcu. Z drugą było chyba podobnie, ale nie pamiętam. W Jarocinie ten spektaklowy reżim podczas przesłuchań zdecydowanie został rozluźniony, a w amfiteatrze był już pełen luz, bo m.in. pogoda sprzyjała.
Ważnym elementem wprowadzonym w Jarocinie, chociaż w Sopocie też takie nieformalne spotkania miały miejsce, były spotkania warsztatowe dla startujących w przeglądzie muzyków. Wiesz takie spotkania, na których bardziej doświadczeni mówili młodszym jakie popełniają błędy, co robią źle, co należałoby zmienić itp. Przy III Jarocinie ta tradycja chyba zanikła.

Może warto przypomnieć jak to wszystko "musiało działać", aby dostać pozwolenie na organizację (rozumiem, że "Góra" miała dość dużo do powiedzenia).

W tym czasie obowiązywała cenzura, więc wszystko - afisze foldery, a potem i teksty utworów podlegały akceptacji cenzora. To się nazywało: Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Cenzor czytał i dopuszczał do publikacji lub nie. Bez jego pieczątki nie wolno było utworu wykonać na scenie. Zdarzało się, że cenzor wyrzucał cały tekst lub jego fragment, a czasem i słowo. Różnie z tymi cenzorami było. Jedni się bali i czepiali się wszystkiego inni udawali, że nie wiedzą o co chodzi. to była taka gra, która zaowocowała najświetniejszymi latami latami kabaretu polskiego. Tekst wprost był z góry skazany na wykreślenie, tekst zawoalowany, w którym i tak na pierwszy rzut oka wszystko było jasne miał szansę. Pamiętam, że cenzor wyrzucił mi tekst "Niewinni" Riedel'a, bo było tam słowo "ćpać". Wyszedłem, przepisałem tekst, wstawiając w to miejsce słowo "spać" i tekst został dopuszczony. Tak to mniej więcej działało. W Jarocinie, w związku z tym, że było dużo tekstów a do tego nie było jasnych dyrektyw.

Lokalni cenzorzy wspierani byli przez posiłki z województwa i Warszawy. Wśród tych wspierających byli na pewno ludzie z UB, którzy pewnie wynotowywali sobie nazwiska autorów i wykonawców o najbardziej niewyparzonych gębach. Wiem, że Walter chadzał na spotkania z cenzorami, negocjując dopuszczenie zakwestionowanych tekstów. Ale to było już w latach późniejszych. Za moich czasów, czyli do drugiego Jarocina interwencje cenzorskie były prawie niezauważalne. W '87 byłem na kilku takich spotkaniach z cenzorami i ludźmi z UB, ale nie wryły mi się one w pamięć jako coś co miało znamiona manipulacji czy ingerencji. Wyrzucili nam chyba wtedy 5 ewidentnych tekstów. Zabawniejsze były spotkania z panami, którzy czasami bardzo długo usiłowali dociec dlaczego daliśmy akredytację księdzu z jakiejś gazety parafialnej, albo dlaczego akredytowaliśmy ekipę chyba ABC ze Stanów. Pamiętam też, że nie chcieli się zgodzić na występ punkowej kapeli z NRD - ich argumentacja była prosta: przecież to ogólnopolski festiwal, a nie międzynarodowy. Po 15-minutowej wymianie argumentów ustaliliśmy, że zespół nie jest z Goerlitz tylko ze Zgorzelca i kapela wystąpiła.

Jak było z reklamą Festiwalu?

Reklama materialna - afisze, sztrajfy - jak na dzisiejsze czasy była dość skromna. Była za to skuteczna, ponieważ bardzo dbaliśmy o to by całe miasto było zalepione. Poza tym nasze afisze i sztrajfy różniły się od powszechnie stosowanych przez Estrady. Drukowaliśmy kolorem na niebiałym papierze (jeżeli udało się taki zdobyć). Afisze były drukowane były z kliszy, a nie ze składu, a zaprzyjaźnieni graficy szukali nowoczesnych krojów czcionek w katalogu Letraset'a. Robiliśmy też znaczki, naklejki itp.

Sukces zarówno MMG jak i Jarocina polegał na tym, że udało nam się zaprzyjaźnić z bardzo wieloma dziennikarzami z najróżniejszych gazet, lokalnych rozgłośni radiowych itp., którzy dostawali od nas obszerne komunikaty na temat przygotowywanych imprez i w miarę możliwości przemycali na łamy lub w eter. Pamiętajmy, że dostęp do informacji był bardzo ograniczony. W okresie od kwietnia do lipca rozsyłaliśmy nawet kilkanaście komunikatów, w których zawsze był jakiś pretekst uzasadniający powrót dziennikarzy to tematu. To były w zasadzie "gotowce", do których dopisywali jedno lub dwa zdania i brali wierszówkę. Zabawa polegała na tym, że uznani krytycy i piszący po linii "jeździli po nas jak po łysej kobyle", a ci mniej ważni przemycali na łamy informacje o przygotowywanych wspaniałych "kulturo-tworczych" imprezach. Taka zabawa w kotka i myszkę. Inna rzecz, większość dziennikarzy wiedziała dlaczego nam pomaga. W czasie festiwali fundowaliśmy im zakwaterowanie w niezłych hotelach, bilety, gorzałę w dużych ilościach i dobrą zabawę w tzw. klubach festiwalowych. Pamiętajmy, że Sopot był wtedy modnym kurortem letniskowym. Miał czyste morze, czyste plaże itd., co przy bardzo ograniczonych możliwościach podróżowania i bardzo kiepskich zarobkach, było znaczącą kartą przetargową. Ważnym elementem był też codzienny, bezpłatny, serwis fotograficzny przygotowywany po nocach przez, niedawno zmarłego, Jacka Awakumowskiego. W sumie składało się to na inny, jakże różniący się od siermierznej rzeczywistości, świat. Taka iluzja nowoczesnej, beztroskiej, cywilizacji w zapyziałym PRL'u.

Rozumiem że te wczasy w Sopocie dotyczyły POP SESSION...

Dobrze rozumujesz. Obyczaj goszczenia dotyczył Sopotu, choć ta tradycja przeniesiona została również do Jarocina. Poza tym pamiętajcie, że w momencie gdy startował Jarocin, MMG była już siłą i atrakcją. Stopniowo na imprezach MMG należało bywać, tak jak dzisiaj na wręczeniu np. Fryderyków. Oczywiście poza snobami i cwaniaczkami przy MMG kręciło się też wiele osób, które szczerze zainteresowane były przebiciem się rocka w Polsce. Ci ostatni bardzo pomagali.

W czasie chyba 4 pierwszych edycji Festiwal miał logo w postaci zgrabnego rysunku jeża. Kto jest Autorem? Kto wpadł na pomysł loga? Czy wiążą się z tym jakieś ciekawe historie?

Jak już wspominałem w poprzednim zeznaniu ja czuwałem nad sprawami plastycznymi i moje widzenie oprawy graficznej różniło się od wizji wiezionych z Warszawy. Walter i Jacek, a może na odwrót, skłaniali się ku stylistyce ucielesnionej przez Turalskiego przy okazji MMG. Ja skłaniałem się ku prostym znakom graficznym. Zaproponowałem przygotowanie loga, którym znakowalibyśmy wszystkie rzeczy związane z MMG. Z tego co pamiętam sprawę potraktowano jako marginalną, ale powstało kilka takich znaczków z których żaden nie zyskał akceptacji. Mnie najbardziej podobał się język. Walter i Jacek uznali za zbyt grzeczny, nie mieli jednak kontr propozycji więc mając produkcję druków w ręku zaczęliśmy go stosować.
Autorem projektu był Grzegorz Protasiuk, w on czas student a obecnie wykładowca Wyższej Szkoły Plastycznej w Gdańsku - ma chyba teraz Katedrę Grafiki. Grzegorz jest perfekcjonistą i mistrzem skrótów graficznych. Robił dla nas, tj. dla BART'u i BRiO mnóstwo rzeczy. Do języka nikt się nie czepiał, ale też nie często, poza nami, inni go wykorzystywali (prasa). W kilka lat później, gdy sopockie wpływy w Jarocinie zdecydowanie osłabły, zaczął funkcjonować okrągły znaczek - czerwone kółko otoczone czarnym pierścieniem. Genialny znaczek wymyślony przez Zbyszka Szymańskiego z Warszawy, który bardzo nam w tym czasie pomagał. Ten znaczek był w pewnym momencie powodem kilku policyjnych przesłuchań. Po prostu, ktoś ze sprzedawców na festiwalowym straganie w Jarocinie indagowany o znaczenie tego kółka palnął - to jest "czerwony w otoczeniu". To hasło poszło w tłum i w zdecydowany sposób wpłynęło na handlowy sukces samego znaczka. Wzbudziło też zainteresowanie Urzędu Spraw Wewnętrznych i Milicji. Z tego co pamiętam wydano nawet zakaz sprzedaży znaczka na tym festiwalu.

CIĄG DALSZY WYWIADU

 

Strona zrobiona przez W_MatNi+W_SiECi + DMP