JAROCIN

Zeznania Jaco

SPECJALNIE DLA JAROCIN-FESTIWAL

***

 

Na pewno spotkałeś się z wypowiedziami, że Jarocin był swoistym wentylem bezpieczeństwa w PRL. Tutaj młodzież miała się wyładować, aby później nie sprawiać władzy kłopotów.

Z perspektywy czasu sądzę, że tak właśnie było. Jarocin i cały ten boom rockowy, bez wątpienia od pewnego momentu traktowany był przez władze w tych właśnie kategoriach. Imprezy te dawały młodzieży substytut wolności, poczucie że żyjemy w miarę wolnym kraju. Śmieszne, że my - w każdym razie część sztabu - robiąc wszystkie te rockowe hece mieliśmy poczucie okpiwania władzy. Wydawało nam się, że dając młodzieży dostęp do rocka, robiąc koncerty i festiwale, uświadamiamy im, że można żyć inaczej, że ten świat naokoło nie musi być taki smutny, szary, zapyziały i zapity. To miało działać jak owo przysłowiowe ziarnko niepokoju. Tak to pojmowaliśmy na początku. Pamiętam, że w pewnym momencie - to było gdy nie miałem ze sztabem Jarocina nic wspólnego - zwróciłem uwagę na to, że Walter w dość nachalny sposób usiłuje nadać imprezie podtekst polityczny; że większą wagę przykłada do ich deklaracji ideowych niż do muzyki. W tamtych czasach taki kurs byłby natychmiast spacyfikowany, a tu nic. Wtedy uświadomiłem sobie, że Jarocin stał się dla władzy tablicą informującą o tym co się młodzieży w głowach gnieździ. Wtedy też skojarzyłem sobie fakt, że rock np. w NRD od dawna stanowi medium tamtejszej oficjalnej propagandy politycznej. Podobnie zresztą było w Czechosłowacji i na Węgrzech. U nas władza stosunkowo późno sięgnęła po to narzędzie pozyskiwania społeczeństwa.
Za twierdzeniem tym przemawia chociażby fakt, że w '87 festiwal w Jarocinie by się nie odbył gdyby nie interwencje obecnego prezydenta RP, a w on czas Ministra d/s Młodzieży, Aleksandra Kwaśniewskiego. Interwencje te były konieczne, ponieważ władze miejskie Jarocina i urzędnicy z województwa deklarowali chęć organizowania festiwalu, ale tak naprawdę robili wszystko by festiwal się nie odbył. Stosowali coś w rodzaju włoskiego strajku, na który jak wiadomo nie ma siły. Rozbijaliśmy się o dziesiątki dupereli wymyślanych przez urzędników. W końcu Tadeusz Górny, ówczesny Dyrektor Departamentu w MKiS, który o wiele wcześniej organizował Festiwale Muzyki Nastolatków - lata 60-te - a którego znałem z przeszłości, skontaktował nas z rzeczonym Ministrem d/s Młodzieży. Ten z kolei w sytuacjach patowych dzwonił gdzie trzeba i niemożliwe stawało się możliwe. Pamiętajmy, że wtedy telefon ze Stolicy w teren miał siłę tornada. Urzędnicy w Jarocinie okropnie nas za to znielubili.

Czy możesz powiedzieć, jaką muzykę miał ten festiwal prezentować? Jakie były założenia na początku?

Na początku chodziło o szeroko, bardzo szeroko pojęty rock, bez jakichkolwiek ograniczeń stylistycznych - stąd np. koncert Andrzeja Mitana, który z rockiem w klasycznym rozumieniu niewiele miał wspólnego. Jedynym kryterium było to czy faceci umieją grać i to co grają ma jakiś indywidualny rys. Zdarzało się, że kapele słabe muzycznie były dopuszczane do przeglądu bo miały ogromny ładunek naturalnej energii i autentyczności; bo czuło się, że mają coś do przekazania i są w tym przekazie szczere. Stąd na pierwszych festiwalach było wszystko - od rocka symfonicznego po punk i "wiejskie" bluesowanie.

W jednym z wywiadów (lata 80) Hołdys zarzucał Walterowi, to że poprzez preferowanie zespołów grających "doły" wypacza obraz polskiego rocka...W końcu trudno się z Hołdysem nie zgodzić. Z perspektywy czasu Jarocin wydaje się być postrzegany jako festiwal PUNKOWY...

Moim zdaniem Walterowi bardzo zależało na tym by wyglądać, że jest przez cały czas do przodu. Wiecie jestem jedynym gościem, który naprawdę Was, młodzież, rozumie. Reszta to są zgredy i dinozaury. Ja jestem mesjaszem muzycznej nowoczesności, ja jestem Waszym rockowym guru. Zauważ, że Walter od pewnego momentu wprowadził ścisły stylistyczny podział na grupy zainteresowań, odrzucając grupy mniejszościowe. Zrobił to samo, co nie tak dawno zrobiły z naszym rynku wielkie firmy fonograficzne - spłaszczył ten rynek ograniczając i zawężając ofertę. Punkowcy i metalowcy. Reszta się nie liczy, bo jest wsteczna. Z musu tolerował jeszcze reggae’owców, bo ubarwiali tę ofertę no i niedobitki bluesmanów, bo byli mimo wszystko ciągle bardzo popularni - Dżem. Mało tego, zauważ, że później stopniowo zaczął tymi grupami zainteresowań manipulować - koncerty i dni tematyczne, nie dopuszczanie weteranów itd. Jedni na dużej scenie inni w amfiteatrze itd.

Jak zmieniała się polityka programowa i jakie były założenia kolejnych dowodzących imprezą.

W zasadzie odpowiedziałem na to pytanie dodam więc tylko, że w 87 pierwszą rzeczą jaką zrobiliśmy to znieśliśmy te nieformalne ograniczenia. Poszerzyliśmy też listę gości o kapele z pogranicza stylów - rock-jazz, freaky, folki itp. W następnym roku, czyli '88 chcieliśmy zrealizować ideę festiwalu muzycznego, który w 10 lat później zrealizowano w Roskilde - klasyczni symfonicy, teatry uliczne, happeningi plastyczne itp. No tak, ale to już zupełnie inna opowieść. Koń jaki jest - każdy widzi. Festiwale na przełomie dziesięciolecia jakie były znacie z autopsji.

A nie sądzisz, że Walter poprzez swą politykę programową chciał zwrócić uwagę na nowe brzmienia i trendy w muzyce rockowej? W końcu Polskie Radio (szczególnie PR3) i trochę TV wychowały i wychowują pokolenia słuchaczy bałwochwalczo przywiązanych do nagrań Deep Purple, Pink Floyd, Claptona itp...

Czy to przypadkiem nie jest kolejny mit. Radio i telewizor zawsze był do tyłu w stosunku do tego co działo się w kraju i na świecie, więc to nie one dyktowały nowe "tryndy". Nowe rzeczy dzieją się w klubach, piwnicach i stopniowo wypływają na szersze wody. Poza tym pamiętajmy, że była ogólnopolska Rozgłośnia Harcerska, z której nowe rzeczy wylatywały w eter. Były też mniejsze imprezy i przeglądy wyspecjalizowane. Takie wielotysięczne festiwale zawsze oparte są na gwiazdach, na które przyjeżdża gros publiczności. Takie festiwale zawsze też są, albo powinny być, przeglądem "stanu posiadania". W Jarocinie, w pewnym momencie zachwiane zostały proporcje między rzeczywistą różnorodnością stylistyczną jaką się wtedy działa w Polsce, a tym co Walter usiłował zasugerować. W pewnym momencie odnosiło się wrażenie, że młodzi polscy rockmani nic innego nie robią tylko wojują z komuną, palą Komitety i wołają o światową anarchię. Tak przecież nie było. Hołdys po zamkniętym, przedpremierowym, pokazie filmu "My Blood Is Your Blood" powiedział, że Walter jest oszustem. Przesadził, co nie zmienia faktu, że moim zdaniem, świadomie wypaczał obraz polskiej twórczości rockowej i usiłował manipulować rynkiem.

Mam wrażenie, że z tego wszystkiego wychodzi, że Walter chciał stworzyć rynek muzyczny odpowiadający jego gustom muzycznym. Zbuntowane teksty, ostra muzyka, "Sztuka", a muzycy to "Artyści". Czy tak to wyglądało?

Zastrzegam, że jest to moje najbardziej prywatne zdanie potwierdzone późniejszymi obserwacjami jego poczynań. Między Bogiem a prawdą, nie wiem jakie Walter ma upodobania muzyczne. Na przykład na początku zachwycał się Krzak'iem i Dżem'em, później wiemy kogo usiłował lansować np. Aya RL. Czy to takie ostre, takie zbuntowane? Moim zdaniem Walter zawsze marzył by zostać politykiem. Miał ku temu wszelkie predyspozycje, które przejawiały się m.in. w umiejętności przewidywania co mu da największy elektorat. Szybko zorientował się, że najmocniejsze kapele z wczesnego Jarocina są zdecydowanie opóźnione w stosunku do tego co dzieje się na świecie. Miał świadomość, że nieunikniona jest szybka zmiana warty. Z drugiej strony, stopniowo Polska zaczęła otwierać się na Zachod, więc aby tam zaistnieć trzeba było znaleźć coś co byłoby na czasie, co mogło by być interesujące dla tamtejszego rynku. Co wtedy najlepiej się sprzedawało na Zachodzie - bunt. No ale oni tam mieli swój punkowy bunt, więc należało wykreować bunt polityczny, bunt przeciwko Komunie, ustrojowi itd. Otwarcie nie dało się tego zrobić, bo władza zabrałaby mu zabawki, więc do tego co miał w Jarocinie dorabiał, nigdzie oficjalnie nie wypowiedziany podtekst polityczny - vide My Blood Is Your Blood. To była ewidentna manipulacja, na którą Hołdys się tak wkurzył. Później gdy zmieniła się sytuacja polityczna w kraju Walter jakoś przestał być rockowym zbawcą, przebrał się w garnitury i rozpoczął kokietowanie zupełnie innego elektoratu.

Dlaczego Walter zrezygnował z organizacji FMR w 1986? ...Później zresztą przez kilka lat nie widać go było wśród organizatorów...

Szczerze mówiąc, nie wiem. Nie wykluczone, że była to forma szantażu wobec władzy, która pozwoliłaby mu na uzyskanie korzystniejszych warunków na przyszłość. To była, moim zdaniem, zagrywka va banque, która mu nie wyszła. Wiem natomiast, że swój ostatni festiwal zrobił w sposób, który ewentualnemu następcy uniemożliwiłby zorganizowanie kolejnej imprezy. Gros naszych kłopotów w 87 wynikała z polityki spalonych mostów jaką zastosował Walter w roku ‘86. Gdyby ów plan się powiódł - gdyby nie znaleźli się wariaci, którzy podjęli to ryzyko i w sumie wyszli z tego obronną ręką - mógłby wrócić w roli zbawiciela. Jak pamiętacie, Walter niejednokrotnie dawał do zrozumienia - Jarocin to ja. W kilka lat później gdy dyrektorzy zaczęli zmieniać się jak w kalejdoskopie, zostałem nieoficjalnie zapytany przez ludzi związanych z górnymi półkami władzy - czy gdyby zaproponowano mi zrobienie festiwalu wspólnie z Walterem Chełstowskim, to czy przyjąłbym taką propozycję? Odpowiedziałem, że tak choć mam wątpliwości czy Walter na taką propozycję się zgodzi. Pojechałem nawet do niego by o to zapytać. Odpowiedział mi, że nie, bo on może na kolejnym Jarocinie tylko stracić. Bynajmniej nie chodziło tu o kasę.

Jednak Walter Chełstowski wrócił do Jarocina bodajże w 1990 roku i "rządził" tam również w 91 i 92... Co spowodowało tę zmianę?

[update Thu Jul 20 20:57:36 2000]

Naprawdę nie wiem. Po spotkaniu wiosną '88 nie mieliśmy z sobą żadnego kontaktu. Spotkaliśmy się ponownie zupełnie przypadkiem, chyba 10 lat później, w Biurze Organizacyjnym Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy nie było więc powodu by o to pytać.
Mogę domniemywać, że Walter mając świadomość nadchodzących zmian - gospodarka rynkowa - zastanawiał się nad sprywatyzowaniem festiwalu by ciągnąć z tego bardziej wymierne korzyści.
To był taki czas, że nikt nie wiedział jak rynek zareaguje na wprowadzenie normalnych zasad handlowych. Wprowadzenie rynkowych praw mogło zaowocować potężną hossą, ale też mogło też spowodować jego załamanie - co też się stało. Walter jako wytrawny gracz na wszelki wypadek był bardzo blisko festiwalu, choć "nie pchał się na afisz" by nie wzbudzić czujności ewentualnych konkurentów.

[/update Thu Jul 20 20:57:36 2000]

W jednym z artykułów o Jarocinie 86 wyczytać można, że Walter Chełstowski, na którejś z konferencji prasowych ostro skrytykował Gdańską Scenę Alternatywną. Czy pamiętasz może o co chodziło? Domyślam się, że GSA nie mieściła się w kategoriach Sztuki Waltera?

Nie wiem o co chodziło Walterowi i na czym polegał ten konflikt. Przypuszczam, że GSA będąc już silną organizacyjnie frakcją zaczęła stawiać Walterowi warunki, na które Walter nie chciał lub nie mógł się zgodzić. Poza tym Walter nie był zainteresowany popieraniem frakcji, na którą nie miał wpływu, której nie mógł kontrolować.

Reakcją na wypowiedź Waltera był zdaje się bojkot festiwalu w roku następnym przez zespoły z Trójmiasta, czyli tej edycji, której byłeś organizatorem. Nie mylę się?

Trudno to nazwać bojkotem. Faktem jest, że Waldek Rudziecki na naszą ofertę odpowiedział, proponując zorganizowanie całodniowego koncertu poświęconego Artystom z GSA. Nie zgodził się też na naszą ingerencję w zaproponowaną listę wykonawców. Takie postawienie sprawy kłóciło się z naszym głównym założeniem - nie będzie koncertów monotematycznych. Po wtóre - to my z Winderem, a nie Waldek, odpowiadaliśmy za dobór wykonawców więc musieliśmy mieć prawo wglądu w to co w Jarocinie chciał pokazać. Rudziecki z kolei na wymieszanie jego kapel z innymi zespołami zdecydowanie się nie zgodził. Takie postawienie sprawy spowodowało, że kapele z GSA w Jarocinie nie wystąpiły. Myślę, że Waldka Rudzieckiego poniosła wtedy ambicja co obróciło się przeciw Gdańskiej Scenie Alternatywnej.

Z tego, co już pisałeś (i z innych Twoich wypowiedzi, choćby Magazyn Muzyczny (12/87), wyłania się obraz festiwalu '87 jako zrobionego przez Ciebie i Leszka Windera praktycznie wbrew wszystkim. Wbrew Chełstowskiemu, wbrew kontroli NIKu, bezmyślności, czy wręcz paraliżu działań władz miasta, JOKu i generalnie całej aparatury urzędniczej. Mówiłeś, że większość energii pochłaniały sprawy, którymi akurat nie Wy powinniście się zajmować. Mimo to chciałeś realizować festiwal w 1988 r. Pisałeś "W następnym roku, czyli '88 chcieliśmy zrealizować ideę festiwalu muzycznego, który w 10 lat później zrealizowano w Roskilde - klasyczni symfonicy, teatry uliczne, happeningi plastyczne itp". Jak to się stało, że festiwalu tego jednak nie poprowadziłeś?

Idea Jarocina ‘88 powstała w momencie gdy wymyślaliśmy Jarocin ‘87. Gdy się za festiwal zabieraliśmy musieliśmy pomyśleć w jakim kierunku musi pójść by się utrzymać. Formuła, którą realizował Walter była naszym zdaniem wypalona, trzeba więc było wymyślić coś nowego. Mieliśmy świadomość, że nie może to być pomysł na jedną imprezę. Nasze myślenie szło w kierunku otwartego festiwalu muzycznego, a później interdyscyplinarnego. Dlatego już w ‘87 wiedzieliśmy mniej więcej jak będzie wyglądał festiwal ‘88.
Sprawa poprowadzenia kolejnego jest dla mnie dosyć bolesna, choć czas zaleczył już rany. Jarocin '87 zrobiliśmy w zasadzie w dwójkę z Adasiem Galasem - obecnie menago Perfect'u - przy biernej postawie Leszka Windera, któremu kierownictwo festiwalu formalnie zaproponowano. Leszek Winder, gdy zaproponowano mu przejęcie schedy po Walterze, z ofertą tą zwrócił się do mnie. W końcu byłem nie tak dawno managerem jego grupy Krzak. Zgodziłem się pod warunkiem, że występuję jako jego równoprawny partner - stąd ten dyrektor muzyczny i dyrektor jakiś tam, które widnieją w folderze przy naszych nazwiskach. W czasie festiwalu Leszek i ówczesny dyrektor JOK'u dyrektorowali, a ja z Adamem użeraliśmy się o wszystko. Awantur nie zliczę, ale w sumie się udało. Potem był ten wywiad w Magazynie Muzycznym, po którym śmiertelnie obraził się nowy dyrektor JOK'u, który był wyjątkowy dupkiem. Z tego co pamiętam pisał do wszystkich świętych protestując przeciwko temu wszystkiemu co w tym wywiadzie powiedziałem, podkreślając pracę kolektywu itd., na której to pracy podobno żerowałem. Wczesną wiosną roku następnego dostałem informację, że MKiS (Ministerstwo Kultury i Sztuki), w którego gestii był festiwal, chce byśmy kolejny festiwal robili w tym samym składzie osobowym, tj. Winder i ja.
W związku z tym, że w maju Jarocin ciągle milczał, za namową Leszka - nie wykluczone, że byśmy tam razem (nie pamiętam) - pojechałem do JOK'u. Od tegoż dyrektora, on się chyba nazywał Olszewski, uzyskałem potwierdzenie dyrektyw z Ministerstwa i informację, że niebawem się z nami skontaktują. Czas mijał. Ów dyrektor stał się dla mnie nieosiągalny, a Leszek twierdził, że też nic nie wie, więc dałem sobie spokój szczególnie, że dostałem propozycję zrobienia koncertu Rock Opole, na którym się skoncentrowałem. Dopiero w Opolu, a więc pod koniec czerwca, dowiedziałem się, że Jarocin robi Winder solo. Przyznam, że bardzo mnie to ubodło.
W kilka lat potem usłyszałem od Leszka, że to jemu zaproponowano robienie festiwali po Walterze, więc miał prawo dobierać sobie współpracowników wedle własnego uznania. W 87 byłem to ja, w 88 kto inny. Patrząc na to z tej strony - miał rację. Patrząc na to inaczej mam poważne wątpliwości. Uważam, że zagrał wtedy nie fair.

Czy możesz powiedzieć jakie wątpliwości?

To proste. Uważam, że Leszek postąpił wobec mnie nie fair. Co najmniej 3/4 Jarocina '87 było moim pomysłem. Formuła, zasady, ekipa, zestaw wykonawców etc. Bezkolizyjna realizacja to była moja i Adasia Galasa krwawica. Generalnie rzecz biorąc festiwal zyskał bardzo dobre opinie. Uważam, że Leszek nie miał merytorycznych podstaw by rezygnować z tej kooperacji - drużyny, która wygrywa się nie zmienia. Poza tym bardzo dotknął mnie sposób w jaki to zrobił. Uważam, że nie zasługiwałem na takie traktowanie. Gdyby przyszedł i powiedział - Sorry, to jest mój festiwal, w tym roku robię go sam! Wtedy nie byłoby sprawy. A tak ściemnianie, udawanie, mydlenie oczu. to było paskudne. Myślę, że Leszkowi zrobiło się żal tego, że Jarocin '87 utożsamiany jest ze mną a nie z nim. Znowu te pieprzone ambicje.

Czy myślisz, że Winder nie bardzo mógł sobie poradzić w 1988? W końcu tak krytycznych recenzji nie było do tej pory. W Non Stopie umieszczono nawet coś w rodzaju nekrologu: pogrzeb Jarocina i muzyki rockowej...

Nie byłem, nie widziałem, nie mogę więc ferować opinii. Słyszałem tylko, że w '88 był okropny burdel organizacyjny, kompletny chaos koncepcyjny i wielu ludzi miało do niego o to żal.

CIĄG DALSZY

 

Strona zrobiona przez W_MatNi+W_SiECi + DMP