JAROCIN

Zeznania Jaco

SPECJALNIE DLA JAROCIN-FESTIWAL

***

 

W folderze 1980 r. jest informacja, że w skład biura organizacyjnego festiwalu wchodził m.in. koordynator z ramienia ORMO. Cóż takiego koordynował tenże człowiek? Czy chodziło tylko o bezpieczeństwo w trakcie festiwalu, czy w grę wchodziły także inne rzeczy?

W tym czasie nie było firm ochroniarskich, a milicja w sposób naturalny budziła agresję zbuntowanej młodzieży. Żeby uniknąć tego typu zadrażnień, przy poparciu dyr. JOK'u Mariana Szurygajło udało przekonać się lokalnego i wojewódzkiego komendanta, że zamiast mundurowych lepsi będą cywile spoza tej organizacji. Cywilną służbą wspierającą MO było ORMO - Ochotnicza Rezerwa Milicji Obywatelskiej. Koordynator był po prostu szefem ochrony. Od innych rzeczy byli inni ludzie nie wymienieni z nazwiska, z którymi czasami musieliśmy rozmawiać. Największym problemem w tym czasie było przekonanie Milicji i innych służb, że ludzie z długimi piórami, inaczej wyglądający niż mieszczanie z Jarocina, nie są elementem wywrotowym, wrogami ustroju itd., a co za tym idzie, że nie trzeba ich na dzień dobry aresztować czy traktować pałą. Gdy okazało się, że w Jarocinie nic strasznego się nie stało, współpraca ze służbami porządkowymi układała się bez nadzwyczajnych zgrzytów.

Jak się domyślam, opis ten dotyczy pierwszych edycji festiwalu. Kontynuując temat i wybiegając trochę w przyszłość - wiemy, choćby z relacji prasowych czy własnych wspomnień, że w późniejszych latach (szczególnie w drugiej połowie lat 80-tych) ingerencja "odpowiednich organów" w organizację festiwalu była dużo bardziej znacząca. Nie brakowało spektakularnych, głośnych swojego czasu wydarzeń, jak np. pobicie przez milicję członków zespołu Aurora w 1987 r. Mówiło się, że Jarocin był dla milicji wręcz swoistym poligonem. Mógłbyś napisać, jak ta sprawa wyglądała od Twojej strony?

Niestety muszę Cię rozczarować. Ingerencja milicji i służb w festiwale wcale nie była taka duża jak się wydaje. Wiem, że brzmi to jak herezja ale opowieści o brutalnych działaniach sił porządkowych od samego początku były i są do dzisiaj konsekwentnie budowanym i kultywowanym mitem. Po pierwsze - w tamtych latach dużo łatwiej było dostać pałą niż dzisiaj, to fakt. Po wtóre - w jednym z poprzednich zeznań wspomniałem, że wielu dziennikarzy przyjeżdżało do Sopotu i Jarocina w poszukiwaniu sensacji, dowodów wynaturzenia młodzieży, która miast słuchać muzyki z rozdzielnika chce rocka itp. Po trzecie - w takiej masie ludzi zawsze znajdą się przysłowiowe czarne owce (zarówno po stronie służb porządkowych jak i publiczności), które coś tam chcą udowodnić. Po czwarte - gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą. Generalnie rzecz biorąc, problem polegał na tym, że ówczesne władze a co za tym idzie i odpowiednie służby nie bardzo wiedziały co z tym fantem zrobić. W związku z tym od samego początku staraliśmy się ludziom z milicji i służb porządkowych tłumaczyć, że nie taki diabeł straszny jak go malują itd. i to przeważnie skutkowało. Zdarzały się też incydenty, których pewnie można było uniknąć, ale które moim zdaniem mieszczą się w granicach błędu statystycznego. Pamiętam, że na I Jarocinie, już po koncercie w amfiteatrze, gdy publiczność już się w zasadzie rozeszła, akustyk o ksywce "Anzelm" wyciągnął niedopitą flaszkę i pociągnął do dna. Był po robocie, więc miał prawo. Opróżniwszy naczynie wyrzucił je za siebie - wiedział, że w amfiteatrze ludzi już nie ma. Miał pecha. Lot pustej flaszki zaobserwował porządkowy, który nie wiedział że to człowiek z obsługi i potraktował go pałą. Gdyby to widział jakiś pismak byłby z tego duży materiał - wersja do wyboru:
a/. o rozwydrzeniu młodzieży
b/. o brutalności sił porządkowych.
Jeszcze tego wieczora sprawa się wyjaśniła, panowie się przeprosili itd.

Pamiętajcie jeszcze o dwóch sprawach.

Po pierwsze -
w tych czasach tzw. służby porządkowe szkolone były tylko w jednym kierunku, który nazwijmy "pacyfikacja". To, że przez te wszystkie lata do takiej spektakularnej akcji nie doszło, graniczy z cudem i świadczy o tym, że służby chciały się z nami porozumieć. Oczywiście jak w każdej sytuacji gdy nie ma jasnych zasad działania - czytaj: odgórnych dyrektyw - zawsze tworzą się dwie ścierające się opcje. Jedna jest za pacyfikacją, druga za tolerancją. Gdy szefostwo mówi tolerancja, to frakcja pacyfikacyjna przyjmuje postawę wyczekującą na potknięcie szefa i za jego plecami, gdy on tego nie widzi, usiłuje robić swoje, czyli lać.

Po wtóre -
wielu ludzi - fanów - przyjeżdżając ze swych miast i miasteczek, gdzie zawsze byli mniejszością, nagle w Sopocie czy Jarocinie nabierali pewności siebie. Czuli siłę większości, palma im odbijała i zaczynali zachowywać się jak anarchiści. Wiele razy widziałem spokojne grupy ludzi, z których na widok porządkowych wyskakiwał jeden lub kilku bohaterów. Zupełnie bez powodu zaczepiali porządkowych i przy braku ich reakcji zaczynali być wręcz agresywni. Bywało, że takie akcje rozchodziły się po kościach, a bywało tak, że ktoś tam dostał po plecach. Gdy się zaczyna taka akcja, przypadkowi ludzie też często dostają po kościach.
Sam kiedyś "uratowałem" skórę znanemu muzykowi, który wchodził na teren festiwalu z grupą innych muzyków. Ktoś z tej grupy nie miał identyfikatora, więc porządkowy nie chciał go wpuścić. W on czas, ów znany muzyk z identyfikatorem stanął w obronie słusznie zatrzymanego. Nie była to akcja typu - kolega zapomniał, przepraszam, proszę go puścić. Nic z tych rzeczy. Znany muzyk wystartował z bluzgiem na ustach. Zaczęło być gorąco. Przypadkowo byłem w pobliżu i tym razem się udało, chociaż po akcji skląłem znanego muzyka.

Reasumując. Nie wydaje mi się by wiadome służby usiłowały zantagonizować festiwal i doprowadzić do wybuchu, który uzasadniał by ich zdecydowaną reakcję. Gdyby chcieli to zrobić to bez problemów by to zrobili. Uważam też, że jak przy każdej takiej imprezie zdarzenia nagłośnione przez media i rozdmuchane przez stu-gębną legendę, zaliczyć można do mało znaczących incydentów nie mających wpływu na ogólny ogląd omawianego problemu. Wiem, że zaraz wyciągniecie mi demolkę amfiteatru podczas koncertu Smaru SW, ale poczekam, aż to zrobicie...później, a tym czasem odpowiem na inne pytania.

W nawiązaniu do pytania dotyczącego ORMO chciałbym zapytać się o udział funkcjonariuszy UB. Domyślam się (i gdzieś nawet o tym czytałem), że w Jarocinie było ich zawsze dużo. W 1985 w sposób chamski zostałem wylegitymowany przez "cywilów" (byłem wtedy muzykiem i uczestnikiem festiwalu). Po imprezie miałem wizytę Dzielnicowego. Sprawa dotyczyła głównie pytań o efekt gitarowy, który zobaczyli u mnie "przebierańcy". Były pytania Dzielnicowego: co robisz? skąd ten efekt? etc...

Ludzie, nie mitologizujmy tego problemu. W tych czasach wszędzie pełno było przebierańców, a i chamstwo było o wiele bardziej powszechne. Dzisiaj też na każdym kroku można spotkać chama - taki to kraj mimo, że podobno należymy do Europy. Jasne, że w Sopocie i w Jarocinie dużo było różnych takich. To nie był przywilej koncertów rockowych. Pełno ich było na festynach, wystawach, meczach itp. Tam gdzie zbierało się dużo ludzi dużo też było służb wszelakich. Jarocinem interesowali się wszyscy: milicja, UB, nawet wywiad i kontr-wywiad. Jak już zeznawałem, władze zupełnie nie wiedziały co z tym fantem zrobić, więc byli czujni. Ci, których tam wysłano starali się wykazać, będąc często nadgorliwymi. Z kolei, którzy wysyłali przebierańców w teren też musieli się wykazać, więc wdrażali procedury. Jednym ze stałych elementów takiej procedury był tzw. wywiad środowiskowy. Wywiad środowiskowy z Urzędu przeprowadzał dzielnicowy, stąd te nachodzenia. Jak już zeznawałem, oni tam na górze zupełnie nie wiedzieli co z tym zrobić więc inicjatywę przekazywali do niższych szczebli. Niższe szczeble też nie wiedziały, więc czepiali się jak tonący brzytwy. Nie wiedzieli o co pytać, co obserwować, więc szukali punktu zaczepienia - dziwna, metalowa puszka z kabelkami = podejrzane itd.

Jak sądzisz, z czego wynikała częsta agresja tłumu w Jarocinie? Na zachodzie odbywały się takie festiwale, ale mam wrażenie, że nigdy nie było zamieszek na tak dużą skalę jak w Jarocinie.

To jest problem o wiele bardziej złożony.
Po pierwsze - my Polacy wbrew pozorom jesteśmy ludźmi bardzo serio, szczególnie na własnym punkcie. Nie mamy dystansu wobec siebie. Chętnie śmiejemy się z innych, ale nie tolerujemy gdy śmieją się z nas. To są z pokolenia na pokolenie przekazywane kompleksy. Znasz to: zastaw się a postaw się; po moim trupie itd. W naszej mentalności nawet duperela jest problemem dla którego warto się bić.
Po wtóre - jesteśmy nietolerancyjni
Po trzecie - ciągle mamy pretensje do całego świata o to że jest nam nie tak jakbyśmy chcieli. Z drugiej strony nie bardzo wiemy jakby to miało być.
Po czwarte - jesteśmy tchórzliwi ale też chętnie się popisujemy. W kupie dostajemy skrzydeł.
Po piąte - generalnie rzecz biorąc nie umiemy się bawić.
Po szóste - ówczesne służby porządkowe nie umiały reagować i zamiast zapobiegać reagowały gdy już szła akcja. Ta ich reakcja przez to wydawała się ostrzejsza niż była naprawdę. Zauważ, że większość awantur zauważasz nie wtedy gdy się one zaczynają, a wtedy gdy interweniują porządkowi. Naprawdę dobre służby ochroniarskie rzadko widziane są w akcji. One pracują na zasadzie prewencji, choć akurat to słowo źle nam się kojarzy.
Wracając do wymienionych ad hoc elementów. One się kumulują na takich imprezach i o nieszczęście nie trudno - zresztą widać to teraz na stadionach.

Może jak wspomniałeś - mundur po prostu wzbudzał gniew ludzi? I to niezależnie od systemu politycznego. Albowiem w 1994 i innych latach również były zamieszki i to właśnie ze służbami policyjnymi...

W krajach cywilizowanych mundur kojarzony był przeważnie z porządkiem, pomocą i bezpieczeństwem. To budziło szacunek. W Polsce od dziesięcioleci mundur jest symbolem ucisku, zniewolenia, nieszczęścia, więc budzi niechęć i agresję. Inna rzecz, że mundur i broń robią nawet z łagodnego pacyfisty innego człowieka. Przeżyłem to z obu stron "barykady" - służąc w wojsku i biorąc udział w historycznych zamieszkach politycznych na Wybrzeżu. Dziwne rzeczy dzieją się wtedy z człowiekiem. Są to reakcje, o które w normalnych warunkach człowiek nawet by się nie podejrzewał.

No i skoro już wspomniałeś o Smar SW, to poproszę o przypomnienie tej sprawy.

To chodzi o tę awanturę w późnym Jarocinie (w 1993 roku), której efektem było kompletne zdemolowanie amfiteatru. Uważam, że za tę demolkę w dużym stopniu odpowiada Jarek Janiszewski - ten z Bielizny - prowadzący imprezę. Problem polega na tym, że zarówno prowadzący, jak i muzycy na scenie muszą mieć świadomość "władzy" jaką mają nad publicznością. Brak tej świadomości, wyobraźni i odpowiedzialności za słowa i czyny, chęć kokietowania i popisywania się, często prowadzi do niekontrolowanej reakcji publiczności i wybuchu. W Jarocinie skończyło się demolką amfiteatru, w kilku innych miejscach na świecie zginęli ludzie. Powód był ten sam. Brak wyobraźni i odpowiedzialności organizatorów lub artystów.

Uważasz, że Jarek Janiszewski sprowokował awanturę? Może warto przypomnieć co i dlaczego się stało, jak się stało...?

Szczegółów nie pamiętam. Atmosfera w amfiteatrze była podminowana, bo organizatorzy nie potrafili zachować dyscypliny wśród wykonawców. Jedni grali dłużej, drudzy krócej więc harmonogram koncertu został zaburzony, a impreza miała skończyć się o oznaczonym czasie. Koncert na stadionie miał się zacząć zaraz po zakończeniu imprezy w amfiteatrze. Zaczęło być nerwowo i to zarówno na zapleczu jak i na widowni. Janiszewski przestał nad tym panować. Sam też zaczął reagować nerwowo i chwiejnie. Dopuścił do kłótni i przepychanek na scenie. Kilku ludzi wskoczyło na scenę, ochrona zareagowała zdecydowanie za późno i zaczęła się szarpanina. Wtedy należało na chwilę przerwać koncert. Jarek zamiast to zrobić zaczął przez mikrofon krytykować i ostro dogadywać ochroniarzom. Publiczność potraktowała to jako przyzwolenie i błogosławieństwo. Kilku kolejnych skoczyło na scenę no i się zaczęło - poszła lawina.

Zanim nastąpił wybuch, powiedziałem do syna żeby się wycofać spod sceny - staliśmy z boku, poza widownią - bo zaraz może się zacząć kurzawa. Nie wiem czy minęła minuta.
Konferansjer, prowadzący imprezę i muzycy na niej występujący muszą zdawać sobie sprawę z tego, że są też odpowiadającymi za bezpieczeństwo tejże. Czy im się to podoba czy nie od ich zachowania zależy jak będzie zachowywać się kilkuset osobowy czy kilkutysięczny tłum. Pamiętać też muszą, że ochroniarze m.in. są po to by nie wpuszczać osób nieupoważnionych - czytaj publiczności - na scenę, gdzie stoi sprzęt dużej wartości, gdzie jest prąd itd. Zdarza się, że prowadzący albo muzyk kokietując publikę zaczyna czepiać się ochrony, krytykować ją, wyśmiewać. Zdarza się też, że muzyk nie uzgadniając tego z ochroną wprowadza nowe elementy gry - hej, chodźcie tu do mnie, chodźcie na scenę itd. W obu przypadkach rozróbę masz jak w banku.
Janiszewski tak właśnie zareagował. Ludzie, patrzcie z jakimi mięśniakami ja muszę pracować. Ja jestem wasz chłopak, gdyby to ode mnie zależało to wszystkich wpuścił bym na scenę. Oczywiście przerysowuję, ale taki był wydźwięk podanych na mikrofon wypowiedzi. Poza tym prowadzący musi być zdecydowany - w końcu on tam rządzi. Janiszewski zamiast łagodzić, podsycał napiętą atmosferę, zamiast w dyskusjach z kapelami podjąć jednoznaczną decyzję zmieniał je kilkakrotnie. Tak to się musiało skończyć.

CIĄG DALSZY

 

Strona zrobiona przez W_MatNi+W_SiECi + DMP